NO – SE – FIN

Po kilku dniach na południu Lofotów, ruszamy na ich północ. W pierwszej kolejności kurs na miejscowość Borg i znajdujące się tam Muzeum Wikingów. Główną atrakcją jest gigantyczna, drewniana replika domu baaardzo bogatego Wikinga. Ongiś mieszkał tam taki Wiking z rodziną, pracownikami, służbą, niewolnikami (razem ok. 80 osób) i około setką zwierząt hodowlanych. W takim budynku nie było okien, to i przeciągu też tu raczej nie było. Mieszanka wybuchowa – chciałoby się rzec, jednak tylko taki mix pozwalał przy kilkudziesięciu stopniach mrozu przetrwać ludziom (kosztem smrodu).

norway

Przewodnik z niesamowitym przejęciem opowiadał o zwyczajach i życiu Wikingów. Lessons learned są  takie, że… Wikingowie nie mieli rogów na hełmach, pomimo że tak przedstawia się ich w TV. Wikingowie dbali o kobiety (każda miała prawo do rozwodu, gdy tylko uznała że jej własny Wiking o nią nie dba, kobiety dziedziczyły ziemię i mogły gromadzić swój majątek, były wojowniczkami na równi z mężczyznami).

Kolejnym punktem programu była Wenecja Lofotów, czyli Henningsvær. Po Wenecji i Brugii to już kolejna dla nas „Wenecja”. Raczej najmniej wenecka – kanał był tu chyba tylko jeden, pełniący rolę mariny a nie transportu lokalnego. Ale nadal, bardzo ładne miasteczko, dużo knajp z których nie skorzystaliśmy, bo brzuchy były już pełne. Z uroków miasta skorzystał jednak Zdzich, który w sklepie typu „Duka” kupił babci oryginalną drogą norweską poduszkę z poliestru z Chin.

noorway

Kolejne pół dnia spędziliśmy na plaży osłoniętej fiordem z 3 stron w Rørvikstranda. Woda ok. 10 stopni, kilku śmiałków z naszej drużyny zamoczyło się i nadal żyją 🙂

nnoorrwway

W niedzielę przekroczyliśmy granicę i spędziliśmy kilka godzin w najpopularniejszym szwedzkim parku narodowym – Abisko, a wieczór w opuszczonej Kirunie. Jest to największe miasto północnej Szwecji, bardzo brzydkie i nieatrakcyjne na pierwszy, drugi i niestety każdy rzut oka. Działa tu kopalnia, odpowiadająca za 90% europejskiego wydobycia rudy żelaza! I tu też jest dla miasta nadzieja… Miastu grozi bowiem zapadnięcie się pod ziemię, wskutek dalszej działalności kopalni. Dlatego zdecydowano się przenieść całe miasto o 3 kilometry. Ciekawy przypadek, liczę tu na zbudowanie ładnej nowej Kiruny.

noooorway

Kemping, na który wieczorem dotarliśmy początkowo wzbudził nasz zachwyt, niestety chwilę później okazało się, że nie działa suszarka, a za ciepłą wodę w kuchni trzeba zapłacić. Wieczór osłodziły nam kajaki/łódki w nocy.

nnnnorway

Rano szybki powrót do Kiruny i wymiana koron norweskich na szwedzkie, po czym lecimy do Jukkasjärvi – lapońskiej wioski nieopodal, której rok w rok powstaje słynny lodowy hotel. Mieliśmy okazję zobaczyć jego fundamenty, a następnie odwiedzić zamknięty skansen i drewniany kościół z 1608 roku. Drugą połowę dnia spędziliśmy w bobilku mknąc przez Laponię i omijając pojawiające się co chwila… RENIFERY!! 🙂

nooorway

Laponia to też Rovaniemi i bardzo ważna re-wizyta. Wpadliśmy w końcu do świętego Mikołaja. Przyjął nas serdecznie, trochę zmęczony po ostatnim sezonie (ludzi na świecie coraz więcej, a on do rozwożenia sam). Obok siedziby Mikołaja, byliśmy też na farmie husky syberyjskich, które są bardzo pracowite (dziennie biegają 30-60 km).

nnooorway

Wieczorem zobaczyliśmy jeszcze Gemelstad (przy Lulea), tj. miasto-kościół. Koncept polegał na tym, by zbudować kościół i wokół niego 450 domków, które pomieszczą wiernych. Domki były niezbędne, ponieważ wierni nie byli w stanie w ciągu jednego dnia dojechać, pomodlić się i wrócić do domu. Dlatego też miejscowość zaludniała się tylko w niedziele i święta.

noooorwaay

I właściwie na tym kończy się nasza skandynawska przygoda, bo kolejne dni to powolna jazda w kierunku portu przerywana chilloutem nadbałtyckim:)

noorwaaay

Loooofoty

W drodze na Lofoty spędziliśmy dzień w okolicach lodowca Svartisen. Początkowy plan zakładał wycieczkę po lodzie w rakach i kaskach, ale nieludzka godzina startu (11:00 rano!) trochę zniechęcała.. Stwierdziliśmy, że jeżeli pójdziemy pod lodowiec, pod którym czekać na nas będzie opcja skorzystania z wycieczki to będzie to znak, żeby tak zrobić. Niestety nikt nie poczekał na nasz przyjazd o 15tej. Los tak chciał, tak musiało być, w gwiazdach nam to było pisane.. Pozostał nam spacer pod czoło lodowca. Odnoga Engenbreen w 2006 roku była najniżej położonym fragmentem lodowca na kontynencie europejskim. Wtedy mowa była o wysokości 20 m. n.p.m., dzisiaj lód zatrzymuje się zdecydowanie wyżej.
 norway1
Następnie ruszyliśmy do portu w Bødø. Dojechaliśmy ze sporym zapasem czasu do odpłynięcia promu. Dzięki temu udało się jeszcze popracować nad przywróceniem używalności lusterka. Całą plastikową obudowę naprawiliśmy gaffrą/powertapem/szarą taśmą (jak kto woli). Alohomora, flippendo, fixiduente mirrorum – żadne zaklęcie na szkło nie podziałało. Dawaj Bobilku, jedziemy do szklarza. Aha – właśnie! Nasz kamper już się nazywa, to Bobil. Szklarz w kilka minut dociął nam nowe szkło do lusterka i przykleił. Oczywiście zakochałem się w szklarzu, to jest zawodzie a nie konkretnej jednostce. Od razu był efekt, bez umawiania się, ceregieli, kręcenia nosem. Młody gość po prostu wziął kartkę, wymierzył, dociął, przykleił i gotowe. Szapoba szanowny, szejkhend i wamos na prom.
Prom bardzo elegancki: panoramiczne okna + fotele wygodne = a) super widoki; o) duży dyskomfort i 2 aviomariny. Zbieżność liter z imionami bohaterów jest przypadkowa.. 🙂
P.s. Avio – od latania, marine – od pływania? Można mieć chorobę lokomocyjna podczas lotu? Gdzie jest człon od transportu drogowego? Może automarine powinno być?
Przy okazji promu nie sposób nie wspomnieć o kulinariach! Burger z frytkami – 90 zł, burger rybny z frytkami – 100 zł, sok i herbata – po 20 zł. Żegnajcie nowe firanki, szykujcie portfele drodzy bliscy – to wy stawiacie najbliższe pizze w Warszawie. Jedzenie promowe przeprzeciętne. Miałem zamówić bacalao, czyli tradycyjne danie portugalskie, popularne w Norwegii, ale niestety się skończyło, jak i skończył się po 240 minutach rejs nasz i mdłości młodej małżonki mej.
Lofoty przywitały nas problemami noclegowymi. W związku z tym, że przypłynęliśmy jednym z ostatnich promów, wszystkie okoliczne campingi były już zajęte. Podobno spóźniliśmy się jedyne 4-5 godzin:) Przyjął nas w swe objęcia parking w miejscowości Ä. Szanuję takie inicjatywy chrzcin municypalnych. Miasto A, ulica B. Wszystkie zadania liczbowe „pociąg rusza z miasta A…” nabrały dla mnie nowego znaczenia, są jakby bliższe, dopiero teraz je w pełni rozumiem.
Kolejny dzień i nowe otwarcie. Nieco zmęczeni spaniem na parkingu, ruszamy o świcie na camping. Z racji tego, że przeciętny dorosły człowiek nie jest w stanie wyseparować tu świtu od zmierzchu, nowiu, aphelium i peryhelium, uznajmy na potrzeby tego dnia że właśnie ok. 9tej ten nasz uznaniowy świt nastąpił. To zmęczenie oznaczało, że poza kierowcą i jego dzielnym przewodnikiem, pozostała część wycieczki nie wstała nawet z łóżek i jechała w śpiworach zbijając ostatnie piątki z Morfeuszem, kładąc wielkie nadzieje w kierowcy i los swój w rękach jego.
Check-in na campingu i „błyskawiczne” (standardowo dwukrotnie dłuższe niż podają przewodniki) wejście na punkt widokowy obok miejscowości Reine. To właśnie z góry Reinebringen pochodzą googlowe zdjęcia z Lofotów (http://lmgtfy.com/?q=lofoty). Szlak bardzo wymagający, bardzo błotnisty i bardzo stromy, apteczka leżąca na jego początku dość wymowna. Ale całość warta wysiłku. Widok niepowtarzalny, na ten moment – najlepszy w trakcie tych wakacji.
norway2
Wieczór spędziliśmy w Ä (wymowa: „O”) – o tej porze już opuszczone, dlatego konieczna była powtórka z rana. Kawka i cynamonowe bułeczki bolkanelboller to doskonały wstęp do Lofoten Tørrfiskmuseum, czyli muzeum sztokfisza – suszonego na wietrze dorsza. Jest to specjalność Lofotów, tylko tutejsze specyficzne powietrze (chłodne choć ciepłe i wilgotne choć suche) gwarantuje niepowtarzalny smak. Od marca do maja powiązane w pary dorsze suszą się na drewnianych stelażach na lofockich wyspach.
Warto wspomnieć, że na Lofotach łowi się dorsza Skrei, tj. najlepszą odmianę, którą coraz częściej można spotkać zimą w rodzimych knajpach. O ile ryby suszone w 80-90% trafiają do Portugalii, o tyle ponoć to Polska jest teraz największym odbiorcą świeżego dorsza z Lofotów.
norway3
Czwartek to uwaga uwaga… dzień plażowania! Pogoda co prawda nie pozwoliła na zdjęcie kurtek i czapek, ale jednak piaszczysta plaża nad lazurową wodą była.
norway4

Koło podbiegunowe N

Niezmiennie przemieszczamy się na północ, cały czas wahamy się czy warto jechać aż na Nordkapp. Wiązałoby się to z przejechaniem ok. 1,5 tys. dodatkowych kilometrów po to tylko by stanąć na najdalej wysuniętym przylądku. Chwilowa decyzja jest taka, żeby zawrócić w okolicach Narwiku i więcej czasu spędzić w Szwecji i fińskiej Laponii bądź opcjonalnie dłużej chillować na Lofotach. Jeszcze zobaczymy jak będą się zmieniać nastroje.

Ola: „Trzeba na razie przyznać, że bilans ostatnich dni nie wychodzi nam na plus. Po pierwsze pranie. Pomijam irytację sięgającą zenitu kiedy pralka, nad którą stałam przez 40 minut pokazywała cały czas komunikat, że skończy prać w ciągu minuty. Taką zabawę powtórzyłyśmy z pralką 4 razy. Szczytem jednak okazało się niewysuszenie ubrań przez suszarkę i rozwieszenie około 20 kg prania w środku kampera. Efektem było włączenie w nocy ogrzewania na maksa, wzrost wilgotności do sryliona procent – wszyscy wycieczkowicze ugotowani. Kiedy ruszyliśmy musieliśmy wyglądać naprawdę żałośnie, ponieważ najpierw na stacji dostaliśmy w gratisie kawę, a następnie zostaliśmy policzeni na promie tylko za 4 osoby. Ciąg dalszy dnia nie wyglądał wiele lepiej, kiedy w tunelu ciężarówka nadjeżdżająca z naprzeciwka pozbawiła nas lusterka…”

Adam: „Z tym bilansem nie jest wcale tak źle – 2 dni z rzędu jemy już burgery z grilla, wcześniej najdroższą (i dobrą) pizzę na świecie (w Trondheim). Widoki są przezacne, normy kontaktu z naturą wyrabiamy co najmniej dziesięcioletnie. W temacie prania – wprawny czytelnik od razu zauważył pewnie że pranie robiła Ola, a dlatego że pralka stała w łazience damskiej i… no właśnie. Dlaczego nie w męskiej? Gdzie jest równouprawnienie? 20-metrowy sznurek na pranie rozwieszony w kamperze i wszystko już jest okej. Kawimy ze Zdzichem codziennie – na postojach króluje kawa z termosu, ale nie byle-jaka-lurka. Naprawdę dobra czarna kawa, taka jak zawsze ją sobie wyobrażam w szwedzkich kryminałach. Czasem też zaparzymy sobie małego french-pressa na łonie natury, ziarno świeżo mielone, cup-of-excellence palone w Polsce. Dzisiejszy epizod z kawą na stacji zbił mnie nieco z tropu – zamówiłem dwie, pan policzył mnie za jedną. Wracam do kolejki, odstałem swoje, „ej ziomeczku, prawy ze mnie Polak, chcę dopłacić”. A on że luz, „take it, no worries”… Pan ze stacji w swoim zachowaniu odosobniony nie jest – nieraz płaciliśmy już 200 zamiast 320, bo nie chciało im się wydać, albo za 4 osoby zamiast 5 bo…tak. Czy nie warto pokusić się o rozprawę „fundusz norweski, a efektywność gospodarki”? Z tym lusterkiem gość rzeczywiście mnie wkurzył, ale zawsze lepiej że urwał lusterko a nie uderzył w samochód 🙂

Z tych bardziej optymistycznych newsów: ostatnie dni to piękne widoki, malownicze drogi i szansa na spędzenie czasu w cywilizacji. Najpierw odwiedziliśmy Trondheim – trzecie co do wielkości miasto Norwegii, które zamieszkuje niemal 200 000 osób.

norway1

Największą atrakcją jest gotycka katedra i nieco rozczarowująca twierdza. Jej plusem była jednak możliwość kibicowania rowerzyście korzystającego z jedynego na świecie wyciągu dla rowerów, głupio było to obfotografowywać, ale tutaj szczegóły.
Kolejnym punktem programu były naskalne rysunki, najstarszy i najlepiej widoczny był renifer (na pewno siedzą i poprawiają regularnie linie) ma 6000 lat. Widzieliśmy też kawałek wyrytego w skale niedźwiedzia i narciarza.

norway2
Następne dni spędziliśmy w drodze na północ na drodze 17. Oglądamy wodospady, fiordy, góry i planujemy emigrację gdzieś za koło podbiegunowe, które minęliśmy dzisiaj!:)

norway3

Norge ’17

Ta podróż już na starcie jest co najmniej z trzech powodów wyjątkowa.

Norwegia – to przepiękny kraj, byliśmy tu 7 lat temu, czasu było mało i już wtedy wiedzieliśmy, że musimy tu wrócić…

kamperem – pierwszy wyjazd miał tak wyglądać, nie udało się, więc za drugim razem tak właśnie zwiedzamy ten kraj z…

norway_3

ekipą – taka grupa zebrała się na wakacje pierwszy raz.

norway_4

Gusia – siostra Oli, prawdziwy millenials (’00). Jest z tego pokolenia, które nie zna swojego numeru telefonu, ale ma z nim kontakt wzrokowy 24/7 i też z tego samego pokolenia, które wróci nam pismo obrazkowe. Większy sukces komunikacyjny osiągasz, gdy do niej napiszesz niż zawołasz.

Majkel – z Adamem znają się od liceum. Majkel to urodzony optymista życiowy, wie że zawsze mu się wszystko uda, zaprogramowany jest na sukces i tryska radością. Kocha podróże, najbardziej lubi się pakować. Ulubione danie to krakowska sucha, czasem tez krakowska sucha, ale kocha próbować i odkrywać nowe smaki (najlepiej krakowskiej suchej, podsuszanej na 1000 sposobów).

Zdzich – to agent jej królewskiej mości (00Z), działa pod przykrywką, raz jako geograf-pogodynka, raz jako opiekun kuracjuszy uzdrowisk polskich, polski macguyver jeszcze bez angażu w serialu, czy młody alchemik-zielarz-farmaceuta-lekarz. Niech Was nie zwiedzie to imię – to świadomy wybór by nie wyróżniać się z tłumu, a także zwycięzca batalii okołobaptystycznych z przegranym Monitorem przed nazwiskiem.

Z taką oto wspaniałą ekipą rozpoczęliśmy naszą wspólną 3-tygodniową podróż z Warszawy aż po Nordkapp.

Pierwsze dni to tzw. dzida na północ. Zbiórka na warszawskich Zawadach, pełen załadunek (12 kartonów z Auchan weszło, menisk wypukły). 120 km/h na autostradzie to na kamper za dużo, pali jak smok – 80-90 km/h to nasze optimum. Zaraz Gdynia i prom, ciekawe przeżycie. Ludzi masa, jedzenie gumowe, stężenie oleju w powietrzu większe niż lotne związki bryzy, ceny już skandynawskie. Impreza raczej nie: puzzle kulturowe zgrupowane w 3-4 nacje krążące między pokładami. Do Karlskrony dotarliśmy nad ranem i już po 14 godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na nocleg w okolicach parku narodowego Rondane.

W poniedziałek wreszcie zaczęliśmy prawdziwe wakacje, dzień spędziliśmy na lajtowym spacerze po górach – przez cały dzień nie spotkaliśmy nawet połowy turysty.

norway_1

Kolejny dzień to już poważna wycieczka w góry, celem zdobycie najwyższego szczytu Norwegii Galdhøpiggen (2469 m n.p.m.). Millenialsi poszli przodem, emeryci zostali w tyle. Nasza pogodynka poklikała, miało padać, ale słońce przygrzewało – szybko uzgodniliśmy, że rozjazd miedzy prognozą a pogodą to ubezpieczenie pogodynek. Do 2200 m n.p.m. doszliśmy wszyscy. Na tym poziomie nasyciły się ambicje wspinaczkowe Oli i Adama. Majkel szukał jeszcze wody ze strumyka, co było argumentem by gonić wyżej za tą najczystszą i najbardziej zmarzniętą. Mamy już jakąś 18stą, Ola i Adam zjeżdżają po śniegu, Majkel bez swojej wody również wraca do kampera. Deszcz leje, jak się okazuje później na górze gęsty śnieg, Gusia i Zdzich dalej atakują szczyt. Suma summarum wracają z tarczą, na dole czeka na nich ciepły obiad i zimny prysznic.

norway_2

Kolejne dwa dni spędziliśmy nadal wędrując. Czytaliśmy, że Norwegowie to jeden z najszczęśliwszych narodów, ale to raczej niemożliwe – przecież oni wszędzie muszą chodzić pod górkę! W środę mieliśmy zobaczyć najwyższą pionową skałę, niestety padające poziomo deszcze i lekka mgiełka uniemożliwiły namierzenie nawet kierunku, w którym powinniśmy patrzeć..

Z kolei środa do wycieczka do Kościołu Trolli, czyli trzy komnatowej jaskini. Jak głosiła tablica na dole trasa powinna zająć „an hour or so”, w naszym przypadku zdecydowanie okazało się, że jest to „or so”. Już dwie godziny od startu doczłapaliśmy się do wejścia. Eksploracja z latarkami, a na końcu trasy czekał na nas mega podziemny wodospad.

norway_6

Wieczorową porą już ostatkiem sił naszych i campera (dzisiaj sprawdzaliśmy jego możliwości na szutrowej drodze przy spadku milion procent) przejechaliśmy najpiękniejszą drogą atlantycką:)

norway_5

Wzloty i upadki

Myśleliśmy juz, ze tytuł posta będzie raczej upadki i upadki, ale nasze szczęście wróciło:)

Rano, a nawet bardzo rano skusilismy sie na wschód słońca z punktu widokowego w Nagarkot. Przy odrobinie szczescia mielismy zobaczyc Mt. Everest. W związku z tym wstaliśmy o 4:00 zapakowalismy się do drogo opłaconego samochodu i ruszyliśmy ciemna nocą po cudownie niewyasfaltowanych górskich drogach ku naszemu celowi. Następnie wspielismy się na niewielkie wzgórze i zaczęliśmy czekać na cud. Po półtorej godziny stania w mgle gęstej jak mleko zrezygnowaliśmy. Nie pozostawało nic innego jak zjeść śniadanie i pójść spać:)

nagarkot

Powtórnie dzień zaczęliśmy o bardziej przyzwoitej 11:30 z postanowieniem zobaczenia świątyni Changu Narayan. Zabytek wpisany jest na listę UNESCO, ale bardzo mocno ucierpiał w czasie trzęsienia ziemi. Ponownie otwarty jest od niedawna. Na miejsce mieliśmy dotrzeć lokalnym autobusem, ale trafił się autostop. Finalnie dojechaliśmy autobusem szkolnym pełnym uczennic z Katmandu, które wybierały się do tej samej świątyni na piknik. Nasze wejście wywołało aplauz – dziewczyny piszczaly na widok Adama :))) Moglibyśmy to skomentowac: me is Vitoria Beckham and..

unesco

Ostanie dni w Nepalu spędzamy na zwiedzaniu. Każda świątynia nasza, jednym slowem tryb: „duomo colca duomo” is on. Zaczęliśmy od Patanu. To takie Katmandu tylko ze po drugiej stronie rzeki, wiec nazywa się inaczej..

patan

Następnie był Durbar Square w Katmandu, czyli najbardziej historyczna ze wszystkich historycznych części miasta.

katmandu

Ostatnie dwie noce spędzamy w Bhaktapur do niedawna najlepiej zachowane średniowieczne miasto doliny Katmandu. Niestety poważnie zniszczone w czasie ostatniego trzęsienia ziemi. Zabytki w większości już od restaurowane lub chociaż podparte palami, żeby się nie przewróciły, ale w bocznych uliczkach wszystko w budowie.

bhaktapur5

Całość wygląda jak jedna wielka prowizorka. Nie wiadomo czy to ekipy budowlane czy rodziny same układają cegły. Na pewno szokuje liczba kobiet na budowach, które noszą w koszach na plecach cegły lub mieszają beton. Na pewno pracuja ciężej niż faceci, którzy zwykle wyglądają jakby je jedynie dopingowali.

bhaktapur2

Niemniej miasto niesamowicie urokliwe i duuuuzo spokojniejsze niż stolica.

bhaktapur3

Najdłuższe 15 godzin w życiu…

Po trekkingu musieliśmy wrócić do Katmandu. I w zasadzie niedaleko było do tego, aby podróż wcale nie zamknęła się w ciągu jednego dnia… otóż zgodnie z planem mieliśmy przejechać 200km po słabej jakości drogach w ok. 6-7 godzin. Zeby nie trzymać was w niepewności – jechaliśmy 15 godzin…

trip3

Pierwsza część trasy wyglądała tak jak na powyższym zdjęciu. Minęły właśnie 3h jazdy takimi zawijasami. Bilans całkiem niezły, tylko jedna osoba w międzyczasie „puściła pawia”. No może mógł się ów panicz pokusić by zrobić to dyskretniej, a nie po linii najmniejszego oporu – tj. wstał, poszedł w kierunku wyjścia i je obrzygał. Wszyscy skonfundowani… taki przykład daje panicz? Miny raczej w stylu: „nie pachnie świeżością”, „taki przykład nam dajesz?”, „lokalsa podłoga, nasz sufit?”, „w przewodniku pisali ze bezpiecznie”, „#pawchallenge?”… Ale cóż, stało się, lokalsi rzygają, manager autobusu zalewa to wodą, karawana jedzie dalej. My oczywiście jako wytrawni koneserzy jazdy takimi rzęchami po górach na ok. 2000 m n.p.m, ostatnią wieczerzę spożyliśmy 12h przed rzeczonym odjazdem. Rano dwa awiomariny dla Mizinka na śniadanko, jeden dla Grzybka tak dla smaku. Zaszkodzić nie zaszkodzi, może pomoże, a sympatyzować z żoną zawsze warto. Szło nieźle.

Ok. 10:00 zatrzymujemy się w jakiejś wsi po drodze na tzw. lunch break. Wieś… bardziej miasteczko z tektury, tak jakby doktor Queen tu mieli zaraz kręcić. 20 domów po obu stronach drogi, jedne nasłonecznione od frontu, drugie od ogródka. Na dole sklep albo ‚knajpka’. I jeszcze jeden salon z telefonami, zegarkami i bateriami.

trip
Także tło już czytelnik jako takie ma naświetlone, więc na chwile wróćmy do faktów. Lunch break jednak podłoże miał różne od aprowizacyjnego. Dnia poprzedniego, jeden z autobusów potrącił śmiertelnie mieszkańca pobliskiej wsi. Splot zdarzeń nieszczęśliwy, ale 1. potrącenie miało miejsce dzień wcześniej, 2. tyle się akurat wsi zeszło ze zorganizowała dnia następnego protest (musieli wysypać gruz i cegły na drogę) żądając odszkodowania od firmy autobusowej, 3. nasza droga była jedyną w okolicy i tym samym jedyną do zablokowania.
All in all, jak to mówi Sama Królowa, lunch break mógł się nieco przeciągnąć… My puste żołądki, trochę by się chciało, ale trochę i strach. No więc 4 banany na drogę, może już przestanie tak rzucać nas po tym autobusie za niedługo. Chipsy jakieś leciuteńkie, mała paczuszka, na wszelki wypadek jakby głód już doskwierać zaczął. Zakupy zrobione i tak czekamy – raz po jednej stronie ulicy, na słońcu. Później po drugiej jak za gorąco. Zimno jakoś za chwile, to wracamy. Minuty mijają, ale pewnie zaraz ruszymy. Hari poszedł sprawdzić co i jak na drodze. Po powrocie potwierdził stan dotychczas zasłyszany. Żądają 25 tys. USD, firma chce dać 1/3 kwoty. Do kompromisu daleko.

Dobra, jeden banan nie zaszkodzi a żołądek już się sam trawi. Kawy bym się napił. Nie ma u pana kawy? Herbata tez okej, kubek niezbyt brudny – wypiję. W sumie… te chipsy tez można spróbować. I tak mijają już nie minuty a godziny. Chipsów 3 paczki zjadłem (żeby nie napychać się na drogę), dla Oli leciutkie ciasteczka Oreo znaleźliśmy w jednym sklepie. Po druga paczkę trzeba było iść już do innego sklepu, bo ten pierwszy się zdążył zamknąć. Z daleka takie donuty dostrzegłem w jednym z barów. Jeden nie zaszkodzi. Norma tłuszczu na 38 dni już wyczerpana, ale coś jakby dalej głód nie znika… Siedzimy w barze Pana X, zimna cola, dobra. Taki obwarzanek jeszcze widzę u pana leży, jakby lokalny, coć z ryżem na pewno. Z Olą na pół, standardowe raczej 60:40 dla mnie.
15:00. Wojsko pojechało, policja pojechała. Chyba będą odblokowywać. 21 godzin bez jedzenia praktycznie, no jakieś lekkie przegryzki tylko. Trzeba coś zjeść przed drogą. O 17:00 muszą odblokować najpóźniej, takie przepisy niby. Gdzie by tu coś zjeść… nie żebym znał już wieś jak własną kieszeń, ale jakoś tu brudno, tu siedzi cała zgraja autobusowa – trzeba będzie gadać… dobra, chodź Ola do tego pana X od Coli i obwarzanka z ryżem. Ujął nas tym stylem mycia naczyń na ulicy – jego tajny przepis to wyparzenie szmaty przed szorowaniem, u innych tego nie widzieliśmy. Co tam panie gotujesz na patelni? Gshsjkuuu5633jw mówisz…Okej, wygląda nieźle, poproszę jedną porcje. Ola nie, ona jedzie niedługo i odpuszcza. Fajnie ze dorzucasz makaron ręka, wiem ze jej nie myłeś, ha! Przecież widzę, że nie masz tu bieżącej wody! Godzę się na twój poziom ostrości, bo wiem ze dzięki temu w żołądku wypali mi wszystkie bakterie. Piona ziomeczku, bardzo dobry ostry makaron, cokolwiek tam było (to był chow mein).
Ej ej, co to za poruszenie na ulicy. Dajcie jeszcze ułożyć sie memu makaronowi. 16:30, juz ruszamy? pięknie!

trip2
Rzeczywiście ruszyliśmy, rzeczywiście odgruzowali te drogę, jednak jechaliśmy tak do 21:30. Po drodze jeszcze postaliśmy kolejna godzinę w miejscu maksymalnie przytuleni autobusem do zbocza, czekając aż samochody jadące do góry które przez 7h stały w kolejce nas miną od strony skarpy (ocierając się o nasz autobus nierzadko). Jak sam czytelnik mógł zauważyć był to jeden z trudniejszych czasów w naszej podróży, bo ani tu wygodnie odpocząć na murku, ani poczytać bo bagaże w bagażniku, ani zjeść nawet nie można ze spokojem, bo cholera wie czy zaraz nie wróci. Nie wróciło, i cało i szczęśliwie dotarliśmy do Katmandu:)

Tydzień w Himalajach za nami:)

Trekking za nami. Po ponad tygodniu wróciliśmy do internetu i zasięgu w telefonach. Wysiłek milion i satysfakcja zylion. Niepowtarzalna przygoda, która polecamy wszystkim. Pierwsze dwa dni przeklinaliśmy każde podejście, ale już myślimy o tym jak i kiedy wrócić.

sun

Dzień I – 1500-2500: Syaprubesi-Lama Hotel

Nie spodziewaliśmy się jak duży wysiłek przed nami juz pierwszego dnia. Niby 1000 metrów w górę, ale tak naprawdę nonstop góra-dół, ekspercko oceniamy, że to było ok. 3 razy tyle. Dużo myśli pojawiało się w międzyczasie – Ola próbowała przypomnieć sobie co ja podkusiło do takiego pomysłu, ja przeklinałem wszystkie decyzje typu „na siłownię przecież można pójść w tygodniu, spędźmy weekend jakoś fajniej”. O trudnosci podejscia niech zaświadczy fakt ze nasz przewodnik Hari pomykal cały dzień w klapkach..

trek

W połowie dnia poczułem, że „jestem w gazie” i przejąłem część bagażu Oli (śpiwór, aparat). I w zasadzie kolejne godziny dalej byłem w tym gazie, ale już raczej „Cinquacento w holenderskim gazie” niz „Lambo gaz w podłogę”.

trek2
Po dotarciu do Lama Hotel pierwsze łzy szczęścia w wykonaniu Oli i ciche postanowienie, że następnego dnia zawracamy. W schronisku niesamowita atmosfera i nagroda dla każdego – cola dla Oli i nepalskie piwo dla mnie. Wszyscy zbierają się w jednej izbie, by było cieplej. Pomieszczenie ogrzewa mała „koza” i gdy tylko przychodzi smutny moment opuszczenia nagrzanej izby w ktorej śpią właściciele, zaczynaja sie schody. Nie ma światła, a w pokojach jest ok. 0 stopni 🙂

lamahotel

 

Dzień II – 2500-3200: Lama Hotel-Thangshyap
Drugi dzień nadal cały czas ostro w górę. Do zrobienia 700 metrów na dużo mniejszej odległości. Nasze tempo momentami było porównywalne z żółwiami. Gdybyśmy zaczęli iść wolnej definitywnie oznaczałoby to juz cofanie sie. I to do tyłu!:)
Tego dnia Ola była też już pewna, że skończy swój żywot i ponownie dotarcie do schroniska skończyło się potokiem łez (szczęśliwie juz ostatnim w czasie tych wakacji).

trek3
Tutaj temperatura w nocy była jeszcze mniej znośna, ale Ola opatentowała specjalne ułożenie śpiwora wokół twarzy, tak by wydychane powietrze zostawało w śpiworze, tym samym pozwala to przetrwać noc bez obolałego od oddychania zimnym powietrzem nosa.

 

Dzień III: 3200-3500: Thangshyap Village-Langtang

Dzień trzeci był pierwszym kiedy mieliśmy sile podnieść głowy i rozejrzeć sie jak pięknie jest wokół nas. 300 metrów różnicy wysokości ok. 3,5h podejścia. Krajobraz już bardzo górski, drzewa znikły. Przeważają kamienie, roślinność mocno wysuszona, zmarznięta. Oddycha sie zdecydowanie trudniej niz wcześniej. Na szczęście do przejścia nie mieliśmy dużo, przez całą drogę towarzyszył nam koń/osioł (tutaj proszę sie nie śmiać, bo nie tylko my, ale nawet Hari nie był w stanie rozpoznać).

trek4

Z ciekawostek Adaś oczywiście spalił się! Umie to zrobić dosłownie na każdej szerokości geograficznej… Jego nos wygląda bardzo źle, ale przynajmniej wygląda że był w wysokich górach. Przypomina prawdziwego himalaistę. Jest spora szansa ze po powrocie będziemy organizować zrzutkę na przeszczep nosa:)

Na koniec dnia dotarliśmy do zrównananej z ziemią wsi Langtang, która została dotknięta szczególnie dotkliwie ostatnim trzęsieniem ziemi. Widok przesmutny, spotkaliśmy tez dwoje Belgów którzy wędrują ku pamięci swojego przyjaciela który zginął tego dnia, na koniec dnia dotarliśmy do kobiety której mąż osierocił maleńkiego chłopca. Specjalnie szukaliśmy jej domu, by przekazać jej pieniądze od Hiszpana, który spotkał ją podczas wyprawy i przekazał nam wszystkie rupie, abyśmy jej zanieśli.

langtang

To był też ważny dzień, bo po raz pierwszy w Nepalu skorzystaliśmy z… ciepłego prysznica:) A nawet mieliśmy przyjemność korzystać z western style toalety. Istotnym wydarzeniem była rownież Adasia rezygnacja z poszukiwań wifi i zasięgu w telefonie. Później takie wpadki zdarzały mu się juz tylko sporadycznie.
Dzień IV: 3500-3830: Langtang-Kyanjin Gumba

trek6

Czwartego dnia, w związku ze słabym samopoczuciem, odchudziliśmy plecaki zostawiając w nich rzeczy na jeden nocleg bez kąpieli i wyruszyliśmy dalej. Początek przy totalnym bezdechu Oli i silnych staraniach, aby śniadanie zostało tam gdzie zostać powinno. Cała droga z niesamowitym widokiem na ośnieżone szczyty, pod koniec również na lodowiec. Szczęśliwie w większości płaska (w europejskim tego słowa znaczeniu, bo już nauczyliśmy sie, że nepalskie płasko to naprawdę ciężkie podejście podzielone lekkimi zejściami), bo i tak każdy gwałtowniejszym ruch wywoływał zadyszkę.

trek7
W związku z tym, że początkowo planowaliśmy tam nocować Adaś dzielnie wniósł dwa śpiwory, ale finalnie nie czułam się zbyt dobrze i postanowiliśmy zejść z powrotem do Langtang.

Panowie zdobycie naszego everestu uświęcili pizza i piwem. Szaleństwo:)

trek8

A finał po ponownym zejsciu do Langtang był raczej spektakularny. Adaś wdepnął lewą nogą po kolano w błoto, licząc że to nie gówno:) Martwi się, że jego buty już nigdy nie bedą takie same. Najważniejsze że swoją wpadką w bagno wzbudził dużo radości pośród lokalnej społeczności bo stało się to przy samym wejściu do schroniska. Zwrócił też na siebie uwagę krzycząc na cała wieś – „I hope it’s mud, please tell me this is not shit” :))))) Kolejna radość była kiedy po godzinie suszenia buta przy kozie zaproponowałam, żeby go odwrócić sprawdzić czy nie ma wody w środku. Była! Na oko koło litra:) Buty nieprzekalne w obie strony – mycie ich w środku nie było najlepszym pomysłem 🙂

Z powrotem na wysokości 3500 mój organizm zorientował się, że gdybym chciała to mogłabym robić mu większą krzywdę w związku z czym odwdzięczył się nawet uczuciem głodu i brakiem bólu głowy. Wszystkie symptomy przeszły na Adasia żeby była równowaga w przyrodzie.

 

Dzień V: 3500-2500: Langtang-Lama Hotel

Zejście dla mnie (Ola) raczej przyjemne chociaż pojawiły sie pierwsze pęcherze na nogach. Jakoś inaczej stopa układa sie w bucie i nowe dolegliwości sie pojawiają. W czasie lunchu krótka drzemka i uświadomienie sobie kolejnej zmiany perspektywy i obojętność na tutejsze standardy czystości. Początkowo mierziło mnie mycie rąk po wyjściu z toalety w tym samym miejscu co mycie naczyń i np. czyszczenie narzędzi z zaprawy murarskiej (o ile w ogóle myciem nazywamy spłukiwanie wszystkiego w lodowatej wodzie). Teraz juz wszystko jedno. Nadal wierzę, że niskie temperatury radzą sobie z największym diabelstwem tutaj i jesteśmy bezpieczni.

trek5

Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Lama Hotel – tego oryginalnego legendarnego, w którym żyje najweselszy dziarski dziadek którego znamy. Zachowuje sie i wyglada jak chochlik. Postanowił ugościć nas Mustang Coffee czyli zagotowane razem kawa + lokalne wino + cukier. Wyglądał niepowtarzalnie stojąc przy kuchni gotując ten napitek i chichocząc przez cały czas. Było pysznie.


Dzień VI: 2500-2600: Lama Hotel- Sherpagoen

Ciężki dzień, bo nie spodziewaliśmy się, ze w czasie schodzenia bedziemy cały dzień wspinać sie. Dodatkowo w pełnym słońcu i idąc wzdłuż gigantycznej przepaści przez cały dzień. Widoki jednak niepowtarzalne + nie spotkaliśmy pod drodze żadnych turystów. Minely nas jedynie dwie karawany osiołków. Po raz pierwszy tez widzieliśmy dzisiaj rozpakowywanie karawany. Jeden ze słodziaków skorzystał z nieuwagi poganiaczy i spalaszowal wyłożone na stół warzywa. W związku z tym ze dzisiaj doszliśmy na miejsce bardzo wcześnie, wykapalismy sie jeszcze w pełnym słońcu dzięki czemu po raz pierwszy mam wrażenie ze gorący prysznic nam nie zaszkodzil. Zwykle gorąca woda w połączeniu z temperatura zera stopni wokół nie tworzyła najlepszej atmosfery do kąpieli. Wybraliśmy sie tez na spacer i zobaczyliśmy jak fajnie by było przez cały trekking gdybyśmy nie nosili plecaków sami i skorzystali jednak z pomocy porterow.

trekking
Luźniejszy dzień to dobry moment na chwile zadumy nad lokalnym, górskim jedzeniem. Od początku królują „momos”, czyli pierogi nadziewane w naszym przypadku warzywami i serem, jak ktoś chętny to jest tez opcja tuńczyk/kurczak/ziemniaki/snickers!!. Do tego nadużywam tutaj zupy czosnkowej (ma mnie uchronić przed choroba wysokościową, ponadto odwraca uwagę od zapachów np. śmierdzących butów zebranych w jednej izbie:). Ola też sie do zupy przekonała, bo odstawała i na płaszczyźnie zdrowotnej jak i percepcji zapachów. Królem jest również Dhal Bat – ryż + warzywa obok super usmażone + curry z jakiegoś warzywa + pikle warzywne. Jedzą to wszyscy, jem i ja (na obiad i kolacje), żeby mieć Dhal Bat super power. Śniadania to najczęściej albo pancake w lokalnym wydaniu (z jabłkami/bananem/czekoladowy) albo tybetański chleb z dżemem w przypadku Oli. Wypijamy hektolitry Lemon Tea.
Ceny bardzo turystyczne 🙂 pokój to chyba zwykle 5 dolarów (te opłatę każdy ma najczęściej w cenie przewodnika). dhal bat 5 dolarów, pancake 4 dolary, woda 1L…. 3-4 dolary!!!!!! Piwo 6-7,5 dolara. Na wodzie przycinają jak widać najbardziej dlatego warto mieć te butelki ze specjalnym filtrem.

 

Dzien VII: 2600-1500: Sherpageon-Syaprubesi

Zejście do Syaprubesi ostatniego dnia nas wykończyło… i o ile pod górę dobrze sobie radziłem wykorzystując spory zasięg nóg, o tyle przy schodzeniu jestem wolniejszy od Oli i tłumaczę to sobie odległością czubka głowy od podłoża… poza tym robiąc 1km w dół na krótkim odcinku kolana naprawdę wysiadają. Ale szczęśliwie udało się zejść w całości, w pełni zadowolonym i chętnym na kolejne trekkingi :))))

trekking

Trekkingować!

Dzisiaj za nami najgorsza podroz zycia. Spędziliśmy około 8 godzin w autobusie wspinającym sie przez góry do miejsca startu naszego trekkingu. Niech o straszności tej trasy świadczy fakt, ze jednym z zadań szefa autobusu prócz pobierania opłat była dystrybucja rzygo-siateczek. Cała droga to przepaść z jednej strony i wysokie skaly z drugiej. Całość raczej piaszczysto-kamienista z niespodziewanie pojawiającym sie asfaltem, który był najgorszy, bo motywował kierowcę do wciskaniu gazu na maksa po to tylko zeby hamować za chwile niemal zderzając sie z jadącymi z naprzeciwka samochodami. Po takim doświadczeniu ma sie wrażenie, ze można wszystko. Cieniem kładzie sie jedynie fakt, ze musimy później wrócić ta sama droga..

before
Na końcu męczarni czekał na nas hotel z ciepła woda i pyszny obiad. Zasłużyliśmy:) Jutro z samego rana ruszamy w góry już on własnych wątłych siłach. Z internetem jest baaardzo źle juz teraz wiec pewnie pozostałe wpisy publikować będziemy najwcześniej po powrocie do Katmandu w przyszłym tygodniu.  

P.s. Jest zimno. (Adam)

P.s.2. Zeby wzbogacić wpis Oli o nutę merytorycznego przekazu, chciałbym tylko wspomnieć ze strefa czasowa Nepalu różni się od polskiej o 4:45 h. Nie 4 godziny, nie 5, a wlasnie 4:45.

Najtrudniejszy pierwszy raz:)

Jakoś nie mogliśmy się zebrać do pisana a teraz tez powinniśmy już spać, bo jutro pobudka chwilę po 5 nas czeka.. Na razie czas spędzamy na szeroko rozumianej aklimatyzacji, czyli wczoraj po przylocie drzemka, dzisiaj spanie do południa:) Ale żeby nie było też trochę zwiedzamy. Po przylocie ruszyliśmy do najbliższego nam zabytku, czyli buddyjskiej świątyni Boudhanath. Jest to największa stupa w Nepalu.

temple
Widzieliśmy tez Świątynie Małp i obrządek pogrzebu, czyli kremacji na brzegu rzeki Bagmati w hinduistycznej świątyni Pasupatinath. Turyści nie mogą wchodzić na teren świątyni, ale można obserwować całą ceremonię z drugiej strony rzeki.

katmandu
Jeśli chodzi o ogólne, pierwsze wrażenia nepalskie… No właśnie… zwykle to ta część opisu mi przypada, co skłoniło mnie do pewnej myśli. Jedni nazwaliby to zadumą, inni wyprawą do wnętrza siebie, ale u mnie to po prostu „myśl” która właśnie przyszła do głowy gdy Ola poprosiła bym coś napisał. Otóż Ola na każdym wyjeździe zostawia mi tę miękką, niemerytoryczną cześć tekstu. Czyżby myślał,a źe jeśli przed wyjazdem nie czytam piętnastu przewodników to nie mam nic ciekawego do przekazania w temacie zabytków czy innych wskazówek dobrych dla przygotowujących się do „Milionerów”? Pewnie ze mam! Katmandu leży na 1400 m. n.p.m., liczymy wiec ze 2 dni aklimatyzacji przed wyprawa w góry mamy już zaliczone. Stupę (tutejszą świątynię) zawsze obchodzi się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Tutaj kolejna myśl się pojawia, szczególnie gdy piszę na Oli telefonie, zastawiam się dlaczego w polskim nie ma odpowiednika dla ‚clockwise’ tylko zawsze muszę naskrobać to „zgodnie z ruchem wskazowek zegara”… wracam do wątku,  bo jeszcze ktoś by zarzucił mi brak poukładania! Piwo w knajpie jakieś 4 dolary, zupa 2 dolary, sałatka 4, wiza na 15 dni 25 dolarów, taksówka 5 dolarów chyba zawsze jak na razie. Trudno z tego oczywiscie wybierać, ale już jakis ogląd cen przedstawiłem. Pokój za noc 13 dolarów,  przynajmniej ten teraz. Na bookingu wyglądał super, na miejscu okazało się ze nigdy chyba nie poznał cieplej wody 🙂

Ruszamy o 5tej w 7h podróż podczas której każdy nie bez powodu wyposażony jest w siatkę foliowa, wiec będę powoli kończył – do usłyszenia gdy tylko będziemy mieli internet!

katmandu2

Meksyk praktycznie

Prawie już zapomnieliśmy, że byliśmy w Meksyku, a i tak nie mogliśmy się zebrać do podsumowania naszego wyjazdu. Zależało nam (a może tylko mi?:) ), żeby w jednym miejscu zebrać praktycznie wskazówki i informacje, które mogą się przydać przy planowaniu pobytu w Meksyku. No i tak na ostatnią chwilę przed kolejnym urlopem piszemy o tym co jeszcze pamiętamy:)

 

HOTELE

Ogólna nasza obserwacja: drogo. Chociaż raczej drogo w porównaniu do Azji, a nie w porównaniu do Europy. Istotne jest również to, że nigdzie nie ma śniadań w cenach, a chcąc skorzystać z wyżywienia w hotelu trzeba doliczyć około 50 zł od osoby za bardzo skromny posiłek: tosty, jajko, dżem, kawa/herbata. Wybrałam 2 hotele, w których warto się zatrzymać, ale Adam uważa, że w drugim nie warto:)

  1. Hotel Castelmar – Campeche – w obrębie murów miejskich, czyli w centrum starej części miasta, hotel w kolonialnym stylu, pokoje z klimatyzacją i wiatrakiem, za dodatkową dopłatą śniadanie kontynentalne.
  2. Hotel Sacbe – Coba – w „centrum” miejscowości, niedaleko ruin, pub i restauracja na miejscu, obok kościół, pokoje klimatyzowane, standardowo śniadanie po dopłacie.

RESTAURACJE

Jedzenie było dla nas bardzo miłym zaskoczeniem – wcześniej nie byliśmy fanami kuchni meksykańskiej, a okazała się przepyszna. O szczegółach Adam już pisał, dlatego w tym miejscu polecamy jedynie najlepsze miejscówki:

  1. La Central – Santa Elena (10 km od Uxmal) – niewielka restauracja w centrum miejscowości, zaraz obok głównego placu, domowe jedzenie, wszystko świeże i przepyszne, to tutaj spędziliśmy zjedliśmy naszą wigilijną kolację:). Ewentualnie w Santa Elena jest również restauracja The Pickled Onion – smacznie, ale zdecydowanie bardziej turystycznie.
  2. Los Tacos de Don Roger Rabbit – Puerto Morelos – najlepsze jedzenie ever, moja wersja wegetariańska została przygotowana z warzyw kupowanych na straganie obok, wszystko świeże, ostre i najlepsze.

Przykładowe ceny:

  • 20-35$* – przystawka: tacos
  • 124-150$ – dane główne: grillowane warzywa
  • 60$ – danie główne: quesadilla
  • 40-50$ – deser: flan
  • 30$ – Mc. Flurry

*ciekawostka: pesos meksykańskie jest pierwszą walutą na świecie, której symbolem jest „$”, dopiero 15 lat później USA zaczęło używać tego samego znaku w odniesieniu do dolarów. W naszych zestawieniach cenowych „$” to pesos.

TRANSPORT

Przez cały pobyt przemieszczaliśmy się autobusami. W Meksyku jest kilka największych firm transportowych, najczęściej przez nas używana to ADO, która ma swoją stronę internetową, która nigdy nie działała, więc rozkłady i tak trzeba było sprawdzać na dworcach. Występuje podział na różne klasy autokarów, korzystaliśmy z pierwszej i drugiej. Główna różnica polega na liczbie przystanków. Autobusy pierwszej klasy zatrzymują się jedynie na dworcach, a drugiej klasy wszędzie i co chwilę, dlatego czas ich przejazdu trudno określić:) Ważne jest również to, że autobusy pierwszej i drugiej klasy odjeżdżają z różnych dworców – czasem zlokalizowanych w odległych od siebie częściach miasta.

Nasza autobusowa trasa:

meksyk

Przykładowe ceny:

  • 26$ – przejazd z Valladolid do Chichen Itza (40km)
  • 80$ – przejazd z Chichen Itza do Meridy (120 km)
  • 61$ – przejazd z Meridy do Celestun (90 km)
  • 400$ – przejazd z Campeche do Palenque (360 km)
  • 55$ – przejazd z Uxmal do Meridy (85 km)
  • 440$ – przejazd z Meridy do Playa del Carmen (290 km)
  • 30$ – przejazd z Playa del Carmen do Tulum (65 km)

FINANSE

W Polsce przed wyjazdem kupiliśmy dolary. Następnie słuchając się przewodnika jak tylko wysiedliśmy z samolotu rzuciliśmy się do kantoru, bo ten lotniskowy miał oferować najlepszy kurs. Nie oferował… Później wymienialiśmy na bieżąco mniejsze kwoty, kiedy znajdowaliśmy kantor z korzystnym kursem, co ciekawe na takie trafialiśmy w zaskakujących miejscach np. przy wejściu do największych atrakcji turystycznych. Dodatkowo wypłacaliśmy meksykańskie pesos z bankomatów, z dostępem do których nie było żadnego problemu. Ewentualnie kłopotliwe były jedynie baaaaardzo długie do nich kolejki.

Przykładowe ceny:

  • 45 USD – przejazd taksówką z lotniska w Cancun do hotelu w Puerto Morelos (25 km)
  • 224$ – wejście osoby dorosłej do Chichen Itza
  • 64$ – dorosły bilet do Tulum
  • 160$ – damskie sandały
  • 240$ – krem z filtrem przeciwsłonecznym
  • 210$ – wapno w tabletkach
  • 230$ – 2-godzinny rejs po lagunie Celestun (flamingi)
  • 50$ – przejazd taksówką z hotelu na dworzec w Campeche (w obrębie miasta)
  • 20$ – przejazd colectivos w Palenque (miałam wrażenie, że cena nie ma nic wspólnego z pokonywanymi odległościami czy czasem przejazdu – po prostu jest to cena „biletu” jednorazowego)
  • 5-10$ – pocztówka
  • 450$ – całodzienna wycieczka do wodospadów i kaskad (region Chiapas)
  • 140$ – bilet wejściowy do Muzeum Czekolady w Uxmal

ZDROWIE

Przed podróżą do Meksyku nie trzeba przechodzić żadnych obowiązkowych szczepień, wśród zalecanych jest jednak szczepienie przeciw:

  • wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B
  • tężcowi i błonicy – nie szczepiliśmy się, bo nadal swoją ważność utrzymała dawka przyjęta przed wyjazdem do Azji. To szczepienie trzeba powtarzać co 10 lat.
  • dur brzuszny – również okazało się, że akurat nie musimy się szczepić, bo jest ważna jeszcze nasza dawka przypominającą, którą przyjęliśmy przed podróżą azjatycką. Szczepienia trzeba powtarzać co 3-5 lat.

Na terenach, które odwiedzaliśmy zagrożenie malarią i żółtą gorączką występuje jedynie w regionie Chiapas. Standardowo już postanowiliśmy nie przyjmować profilaktycznie żadnych leków, mam zawsze przy sobie na wszelki wypadek „dawkę uderzeniową” leków przeciwmalarycznych, ale zakładamy, że gdyby cokolwiek się działo i tak będziemy wcześniej konsultować się z lekarzami.

Wyjeżdżając do Azji nasza apteczka pękała w szwach, tym razem starałam się ograniczyć jej zawartość, zakładając, że i tak przed przyjęciem antybiotyku czy innego poważniejszego leku dobrze jest się skonsultować z lekarzem. Spakowałam, więc: leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe, tabletki na gardło, krople do nosa, plastry i opaski elastyczne, wodę utlenioną, elektrolity w proszku, węgiel, stoperan, smectę, sól fizjologiczną i aviomarin. Z tych najważniejszych specyfików, których zabrakło było wapno – regularnie coś nas uczulało, skusiliśmy się wreszcie na jego zakup, co mocno odbiło się na naszym budżecie, ale ich skuteczność była bardzo wysoka. Wszystkie dolegliwości minęły zanim zażyliśmy pierwszą dawkę:)

 

To chyba tyle… A niedługo wracamy znów z relacją azjatycką:)

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz