Wzloty i upadki

Myśleliśmy juz, ze tytuł posta będzie raczej upadki i upadki, ale nasze szczęście wróciło:)

Rano, a nawet bardzo rano skusilismy sie na wschód słońca z punktu widokowego w Nagarkot. Przy odrobinie szczescia mielismy zobaczyc Mt. Everest. W związku z tym wstaliśmy o 4:00 zapakowalismy się do drogo opłaconego samochodu i ruszyliśmy ciemna nocą po cudownie niewyasfaltowanych górskich drogach ku naszemu celowi. Następnie wspielismy się na niewielkie wzgórze i zaczęliśmy czekać na cud. Po półtorej godziny stania w mgle gęstej jak mleko zrezygnowaliśmy. Nie pozostawało nic innego jak zjeść śniadanie i pójść spać:)

nagarkot

Powtórnie dzień zaczęliśmy o bardziej przyzwoitej 11:30 z postanowieniem zobaczenia świątyni Changu Narayan. Zabytek wpisany jest na listę UNESCO, ale bardzo mocno ucierpiał w czasie trzęsienia ziemi. Ponownie otwarty jest od niedawna. Na miejsce mieliśmy dotrzeć lokalnym autobusem, ale trafił się autostop. Finalnie dojechaliśmy autobusem szkolnym pełnym uczennic z Katmandu, które wybierały się do tej samej świątyni na piknik. Nasze wejście wywołało aplauz – dziewczyny piszczaly na widok Adama :))) Moglibyśmy to skomentowac: me is Vitoria Beckham and..

unesco

Ostanie dni w Nepalu spędzamy na zwiedzaniu. Każda świątynia nasza, jednym slowem tryb: „duomo colca duomo” is on. Zaczęliśmy od Patanu. To takie Katmandu tylko ze po drugiej stronie rzeki, wiec nazywa się inaczej..

patan

Następnie był Durbar Square w Katmandu, czyli najbardziej historyczna ze wszystkich historycznych części miasta.

katmandu

Ostatnie dwie noce spędzamy w Bhaktapur do niedawna najlepiej zachowane średniowieczne miasto doliny Katmandu. Niestety poważnie zniszczone w czasie ostatniego trzęsienia ziemi. Zabytki w większości już od restaurowane lub chociaż podparte palami, żeby się nie przewróciły, ale w bocznych uliczkach wszystko w budowie.

bhaktapur5

Całość wygląda jak jedna wielka prowizorka. Nie wiadomo czy to ekipy budowlane czy rodziny same układają cegły. Na pewno szokuje liczba kobiet na budowach, które noszą w koszach na plecach cegły lub mieszają beton. Na pewno pracuja ciężej niż faceci, którzy zwykle wyglądają jakby je jedynie dopingowali.

bhaktapur2

Niemniej miasto niesamowicie urokliwe i duuuuzo spokojniejsze niż stolica.

bhaktapur3

Najdłuższe 15 godzin w życiu…

Po trekkingu musieliśmy wrócić do Katmandu. I w zasadzie niedaleko było do tego, aby podróż wcale nie zamknęła się w ciągu jednego dnia… otóż zgodnie z planem mieliśmy przejechać 200km po słabej jakości drogach w ok. 6-7 godzin. Zeby nie trzymać was w niepewności – jechaliśmy 15 godzin…

trip3

Pierwsza część trasy wyglądała tak jak na powyższym zdjęciu. Minęły właśnie 3h jazdy takimi zawijasami. Bilans całkiem niezły, tylko jedna osoba w międzyczasie „puściła pawia”. No może mógł się ów panicz pokusić by zrobić to dyskretniej, a nie po linii najmniejszego oporu – tj. wstał, poszedł w kierunku wyjścia i je obrzygał. Wszyscy skonfundowani… taki przykład daje panicz? Miny raczej w stylu: „nie pachnie świeżością”, „taki przykład nam dajesz?”, „lokalsa podłoga, nasz sufit?”, „w przewodniku pisali ze bezpiecznie”, „#pawchallenge?”… Ale cóż, stało się, lokalsi rzygają, manager autobusu zalewa to wodą, karawana jedzie dalej. My oczywiście jako wytrawni koneserzy jazdy takimi rzęchami po górach na ok. 2000 m n.p.m, ostatnią wieczerzę spożyliśmy 12h przed rzeczonym odjazdem. Rano dwa awiomariny dla Mizinka na śniadanko, jeden dla Grzybka tak dla smaku. Zaszkodzić nie zaszkodzi, może pomoże, a sympatyzować z żoną zawsze warto. Szło nieźle.

Ok. 10:00 zatrzymujemy się w jakiejś wsi po drodze na tzw. lunch break. Wieś… bardziej miasteczko z tektury, tak jakby doktor Queen tu mieli zaraz kręcić. 20 domów po obu stronach drogi, jedne nasłonecznione od frontu, drugie od ogródka. Na dole sklep albo ‚knajpka’. I jeszcze jeden salon z telefonami, zegarkami i bateriami.

trip
Także tło już czytelnik jako takie ma naświetlone, więc na chwile wróćmy do faktów. Lunch break jednak podłoże miał różne od aprowizacyjnego. Dnia poprzedniego, jeden z autobusów potrącił śmiertelnie mieszkańca pobliskiej wsi. Splot zdarzeń nieszczęśliwy, ale 1. potrącenie miało miejsce dzień wcześniej, 2. tyle się akurat wsi zeszło ze zorganizowała dnia następnego protest (musieli wysypać gruz i cegły na drogę) żądając odszkodowania od firmy autobusowej, 3. nasza droga była jedyną w okolicy i tym samym jedyną do zablokowania.
All in all, jak to mówi Sama Królowa, lunch break mógł się nieco przeciągnąć… My puste żołądki, trochę by się chciało, ale trochę i strach. No więc 4 banany na drogę, może już przestanie tak rzucać nas po tym autobusie za niedługo. Chipsy jakieś leciuteńkie, mała paczuszka, na wszelki wypadek jakby głód już doskwierać zaczął. Zakupy zrobione i tak czekamy – raz po jednej stronie ulicy, na słońcu. Później po drugiej jak za gorąco. Zimno jakoś za chwile, to wracamy. Minuty mijają, ale pewnie zaraz ruszymy. Hari poszedł sprawdzić co i jak na drodze. Po powrocie potwierdził stan dotychczas zasłyszany. Żądają 25 tys. USD, firma chce dać 1/3 kwoty. Do kompromisu daleko.

Dobra, jeden banan nie zaszkodzi a żołądek już się sam trawi. Kawy bym się napił. Nie ma u pana kawy? Herbata tez okej, kubek niezbyt brudny – wypiję. W sumie… te chipsy tez można spróbować. I tak mijają już nie minuty a godziny. Chipsów 3 paczki zjadłem (żeby nie napychać się na drogę), dla Oli leciutkie ciasteczka Oreo znaleźliśmy w jednym sklepie. Po druga paczkę trzeba było iść już do innego sklepu, bo ten pierwszy się zdążył zamknąć. Z daleka takie donuty dostrzegłem w jednym z barów. Jeden nie zaszkodzi. Norma tłuszczu na 38 dni już wyczerpana, ale coś jakby dalej głód nie znika… Siedzimy w barze Pana X, zimna cola, dobra. Taki obwarzanek jeszcze widzę u pana leży, jakby lokalny, coć z ryżem na pewno. Z Olą na pół, standardowe raczej 60:40 dla mnie.
15:00. Wojsko pojechało, policja pojechała. Chyba będą odblokowywać. 21 godzin bez jedzenia praktycznie, no jakieś lekkie przegryzki tylko. Trzeba coś zjeść przed drogą. O 17:00 muszą odblokować najpóźniej, takie przepisy niby. Gdzie by tu coś zjeść… nie żebym znał już wieś jak własną kieszeń, ale jakoś tu brudno, tu siedzi cała zgraja autobusowa – trzeba będzie gadać… dobra, chodź Ola do tego pana X od Coli i obwarzanka z ryżem. Ujął nas tym stylem mycia naczyń na ulicy – jego tajny przepis to wyparzenie szmaty przed szorowaniem, u innych tego nie widzieliśmy. Co tam panie gotujesz na patelni? Gshsjkuuu5633jw mówisz…Okej, wygląda nieźle, poproszę jedną porcje. Ola nie, ona jedzie niedługo i odpuszcza. Fajnie ze dorzucasz makaron ręka, wiem ze jej nie myłeś, ha! Przecież widzę, że nie masz tu bieżącej wody! Godzę się na twój poziom ostrości, bo wiem ze dzięki temu w żołądku wypali mi wszystkie bakterie. Piona ziomeczku, bardzo dobry ostry makaron, cokolwiek tam było (to był chow mein).
Ej ej, co to za poruszenie na ulicy. Dajcie jeszcze ułożyć sie memu makaronowi. 16:30, juz ruszamy? pięknie!

trip2
Rzeczywiście ruszyliśmy, rzeczywiście odgruzowali te drogę, jednak jechaliśmy tak do 21:30. Po drodze jeszcze postaliśmy kolejna godzinę w miejscu maksymalnie przytuleni autobusem do zbocza, czekając aż samochody jadące do góry które przez 7h stały w kolejce nas miną od strony skarpy (ocierając się o nasz autobus nierzadko). Jak sam czytelnik mógł zauważyć był to jeden z trudniejszych czasów w naszej podróży, bo ani tu wygodnie odpocząć na murku, ani poczytać bo bagaże w bagażniku, ani zjeść nawet nie można ze spokojem, bo cholera wie czy zaraz nie wróci. Nie wróciło, i cało i szczęśliwie dotarliśmy do Katmandu:)

Tydzień w Himalajach za nami:)

Trekking za nami. Po ponad tygodniu wróciliśmy do internetu i zasięgu w telefonach. Wysiłek milion i satysfakcja zylion. Niepowtarzalna przygoda, która polecamy wszystkim. Pierwsze dwa dni przeklinaliśmy każde podejście, ale już myślimy o tym jak i kiedy wrócić.

sun

Dzień I – 1500-2500: Syaprubesi-Lama Hotel

Nie spodziewaliśmy się jak duży wysiłek przed nami juz pierwszego dnia. Niby 1000 metrów w górę, ale tak naprawdę nonstop góra-dół, ekspercko oceniamy, że to było ok. 3 razy tyle. Dużo myśli pojawiało się w międzyczasie – Ola próbowała przypomnieć sobie co ja podkusiło do takiego pomysłu, ja przeklinałem wszystkie decyzje typu „na siłownię przecież można pójść w tygodniu, spędźmy weekend jakoś fajniej”. O trudnosci podejscia niech zaświadczy fakt ze nasz przewodnik Hari pomykal cały dzień w klapkach..

trek

W połowie dnia poczułem, że „jestem w gazie” i przejąłem część bagażu Oli (śpiwór, aparat). I w zasadzie kolejne godziny dalej byłem w tym gazie, ale już raczej „Cinquacento w holenderskim gazie” niz „Lambo gaz w podłogę”.

trek2
Po dotarciu do Lama Hotel pierwsze łzy szczęścia w wykonaniu Oli i ciche postanowienie, że następnego dnia zawracamy. W schronisku niesamowita atmosfera i nagroda dla każdego – cola dla Oli i nepalskie piwo dla mnie. Wszyscy zbierają się w jednej izbie, by było cieplej. Pomieszczenie ogrzewa mała „koza” i gdy tylko przychodzi smutny moment opuszczenia nagrzanej izby w ktorej śpią właściciele, zaczynaja sie schody. Nie ma światła, a w pokojach jest ok. 0 stopni 🙂

lamahotel

 

Dzień II – 2500-3200: Lama Hotel-Thangshyap
Drugi dzień nadal cały czas ostro w górę. Do zrobienia 700 metrów na dużo mniejszej odległości. Nasze tempo momentami było porównywalne z żółwiami. Gdybyśmy zaczęli iść wolnej definitywnie oznaczałoby to juz cofanie sie. I to do tyłu!:)
Tego dnia Ola była też już pewna, że skończy swój żywot i ponownie dotarcie do schroniska skończyło się potokiem łez (szczęśliwie juz ostatnim w czasie tych wakacji).

trek3
Tutaj temperatura w nocy była jeszcze mniej znośna, ale Ola opatentowała specjalne ułożenie śpiwora wokół twarzy, tak by wydychane powietrze zostawało w śpiworze, tym samym pozwala to przetrwać noc bez obolałego od oddychania zimnym powietrzem nosa.

 

Dzień III: 3200-3500: Thangshyap Village-Langtang

Dzień trzeci był pierwszym kiedy mieliśmy sile podnieść głowy i rozejrzeć sie jak pięknie jest wokół nas. 300 metrów różnicy wysokości ok. 3,5h podejścia. Krajobraz już bardzo górski, drzewa znikły. Przeważają kamienie, roślinność mocno wysuszona, zmarznięta. Oddycha sie zdecydowanie trudniej niz wcześniej. Na szczęście do przejścia nie mieliśmy dużo, przez całą drogę towarzyszył nam koń/osioł (tutaj proszę sie nie śmiać, bo nie tylko my, ale nawet Hari nie był w stanie rozpoznać).

trek4

Z ciekawostek Adaś oczywiście spalił się! Umie to zrobić dosłownie na każdej szerokości geograficznej… Jego nos wygląda bardzo źle, ale przynajmniej wygląda że był w wysokich górach. Przypomina prawdziwego himalaistę. Jest spora szansa ze po powrocie będziemy organizować zrzutkę na przeszczep nosa:)

Na koniec dnia dotarliśmy do zrównananej z ziemią wsi Langtang, która została dotknięta szczególnie dotkliwie ostatnim trzęsieniem ziemi. Widok przesmutny, spotkaliśmy tez dwoje Belgów którzy wędrują ku pamięci swojego przyjaciela który zginął tego dnia, na koniec dnia dotarliśmy do kobiety której mąż osierocił maleńkiego chłopca. Specjalnie szukaliśmy jej domu, by przekazać jej pieniądze od Hiszpana, który spotkał ją podczas wyprawy i przekazał nam wszystkie rupie, abyśmy jej zanieśli.

langtang

To był też ważny dzień, bo po raz pierwszy w Nepalu skorzystaliśmy z… ciepłego prysznica:) A nawet mieliśmy przyjemność korzystać z western style toalety. Istotnym wydarzeniem była rownież Adasia rezygnacja z poszukiwań wifi i zasięgu w telefonie. Później takie wpadki zdarzały mu się juz tylko sporadycznie.
Dzień IV: 3500-3830: Langtang-Kyanjin Gumba

trek6

Czwartego dnia, w związku ze słabym samopoczuciem, odchudziliśmy plecaki zostawiając w nich rzeczy na jeden nocleg bez kąpieli i wyruszyliśmy dalej. Początek przy totalnym bezdechu Oli i silnych staraniach, aby śniadanie zostało tam gdzie zostać powinno. Cała droga z niesamowitym widokiem na ośnieżone szczyty, pod koniec również na lodowiec. Szczęśliwie w większości płaska (w europejskim tego słowa znaczeniu, bo już nauczyliśmy sie, że nepalskie płasko to naprawdę ciężkie podejście podzielone lekkimi zejściami), bo i tak każdy gwałtowniejszym ruch wywoływał zadyszkę.

trek7
W związku z tym, że początkowo planowaliśmy tam nocować Adaś dzielnie wniósł dwa śpiwory, ale finalnie nie czułam się zbyt dobrze i postanowiliśmy zejść z powrotem do Langtang.

Panowie zdobycie naszego everestu uświęcili pizza i piwem. Szaleństwo:)

trek8

A finał po ponownym zejsciu do Langtang był raczej spektakularny. Adaś wdepnął lewą nogą po kolano w błoto, licząc że to nie gówno:) Martwi się, że jego buty już nigdy nie bedą takie same. Najważniejsze że swoją wpadką w bagno wzbudził dużo radości pośród lokalnej społeczności bo stało się to przy samym wejściu do schroniska. Zwrócił też na siebie uwagę krzycząc na cała wieś – „I hope it’s mud, please tell me this is not shit” :))))) Kolejna radość była kiedy po godzinie suszenia buta przy kozie zaproponowałam, żeby go odwrócić sprawdzić czy nie ma wody w środku. Była! Na oko koło litra:) Buty nieprzekalne w obie strony – mycie ich w środku nie było najlepszym pomysłem 🙂

Z powrotem na wysokości 3500 mój organizm zorientował się, że gdybym chciała to mogłabym robić mu większą krzywdę w związku z czym odwdzięczył się nawet uczuciem głodu i brakiem bólu głowy. Wszystkie symptomy przeszły na Adasia żeby była równowaga w przyrodzie.

 

Dzień V: 3500-2500: Langtang-Lama Hotel

Zejście dla mnie (Ola) raczej przyjemne chociaż pojawiły sie pierwsze pęcherze na nogach. Jakoś inaczej stopa układa sie w bucie i nowe dolegliwości sie pojawiają. W czasie lunchu krótka drzemka i uświadomienie sobie kolejnej zmiany perspektywy i obojętność na tutejsze standardy czystości. Początkowo mierziło mnie mycie rąk po wyjściu z toalety w tym samym miejscu co mycie naczyń i np. czyszczenie narzędzi z zaprawy murarskiej (o ile w ogóle myciem nazywamy spłukiwanie wszystkiego w lodowatej wodzie). Teraz juz wszystko jedno. Nadal wierzę, że niskie temperatury radzą sobie z największym diabelstwem tutaj i jesteśmy bezpieczni.

trek5

Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Lama Hotel – tego oryginalnego legendarnego, w którym żyje najweselszy dziarski dziadek którego znamy. Zachowuje sie i wyglada jak chochlik. Postanowił ugościć nas Mustang Coffee czyli zagotowane razem kawa + lokalne wino + cukier. Wyglądał niepowtarzalnie stojąc przy kuchni gotując ten napitek i chichocząc przez cały czas. Było pysznie.


Dzień VI: 2500-2600: Lama Hotel- Sherpagoen

Ciężki dzień, bo nie spodziewaliśmy się, ze w czasie schodzenia bedziemy cały dzień wspinać sie. Dodatkowo w pełnym słońcu i idąc wzdłuż gigantycznej przepaści przez cały dzień. Widoki jednak niepowtarzalne + nie spotkaliśmy pod drodze żadnych turystów. Minely nas jedynie dwie karawany osiołków. Po raz pierwszy tez widzieliśmy dzisiaj rozpakowywanie karawany. Jeden ze słodziaków skorzystał z nieuwagi poganiaczy i spalaszowal wyłożone na stół warzywa. W związku z tym ze dzisiaj doszliśmy na miejsce bardzo wcześnie, wykapalismy sie jeszcze w pełnym słońcu dzięki czemu po raz pierwszy mam wrażenie ze gorący prysznic nam nie zaszkodzil. Zwykle gorąca woda w połączeniu z temperatura zera stopni wokół nie tworzyła najlepszej atmosfery do kąpieli. Wybraliśmy sie tez na spacer i zobaczyliśmy jak fajnie by było przez cały trekking gdybyśmy nie nosili plecaków sami i skorzystali jednak z pomocy porterow.

trekking
Luźniejszy dzień to dobry moment na chwile zadumy nad lokalnym, górskim jedzeniem. Od początku królują „momos”, czyli pierogi nadziewane w naszym przypadku warzywami i serem, jak ktoś chętny to jest tez opcja tuńczyk/kurczak/ziemniaki/snickers!!. Do tego nadużywam tutaj zupy czosnkowej (ma mnie uchronić przed choroba wysokościową, ponadto odwraca uwagę od zapachów np. śmierdzących butów zebranych w jednej izbie:). Ola też sie do zupy przekonała, bo odstawała i na płaszczyźnie zdrowotnej jak i percepcji zapachów. Królem jest również Dhal Bat – ryż + warzywa obok super usmażone + curry z jakiegoś warzywa + pikle warzywne. Jedzą to wszyscy, jem i ja (na obiad i kolacje), żeby mieć Dhal Bat super power. Śniadania to najczęściej albo pancake w lokalnym wydaniu (z jabłkami/bananem/czekoladowy) albo tybetański chleb z dżemem w przypadku Oli. Wypijamy hektolitry Lemon Tea.
Ceny bardzo turystyczne 🙂 pokój to chyba zwykle 5 dolarów (te opłatę każdy ma najczęściej w cenie przewodnika). dhal bat 5 dolarów, pancake 4 dolary, woda 1L…. 3-4 dolary!!!!!! Piwo 6-7,5 dolara. Na wodzie przycinają jak widać najbardziej dlatego warto mieć te butelki ze specjalnym filtrem.

 

Dzien VII: 2600-1500: Sherpageon-Syaprubesi

Zejście do Syaprubesi ostatniego dnia nas wykończyło… i o ile pod górę dobrze sobie radziłem wykorzystując spory zasięg nóg, o tyle przy schodzeniu jestem wolniejszy od Oli i tłumaczę to sobie odległością czubka głowy od podłoża… poza tym robiąc 1km w dół na krótkim odcinku kolana naprawdę wysiadają. Ale szczęśliwie udało się zejść w całości, w pełni zadowolonym i chętnym na kolejne trekkingi :))))

trekking

Trekkingować!

Dzisiaj za nami najgorsza podroz zycia. Spędziliśmy około 8 godzin w autobusie wspinającym sie przez góry do miejsca startu naszego trekkingu. Niech o straszności tej trasy świadczy fakt, ze jednym z zadań szefa autobusu prócz pobierania opłat była dystrybucja rzygo-siateczek. Cała droga to przepaść z jednej strony i wysokie skaly z drugiej. Całość raczej piaszczysto-kamienista z niespodziewanie pojawiającym sie asfaltem, który był najgorszy, bo motywował kierowcę do wciskaniu gazu na maksa po to tylko zeby hamować za chwile niemal zderzając sie z jadącymi z naprzeciwka samochodami. Po takim doświadczeniu ma sie wrażenie, ze można wszystko. Cieniem kładzie sie jedynie fakt, ze musimy później wrócić ta sama droga..

before
Na końcu męczarni czekał na nas hotel z ciepła woda i pyszny obiad. Zasłużyliśmy:) Jutro z samego rana ruszamy w góry już on własnych wątłych siłach. Z internetem jest baaardzo źle juz teraz wiec pewnie pozostałe wpisy publikować będziemy najwcześniej po powrocie do Katmandu w przyszłym tygodniu.  

P.s. Jest zimno. (Adam)

P.s.2. Zeby wzbogacić wpis Oli o nutę merytorycznego przekazu, chciałbym tylko wspomnieć ze strefa czasowa Nepalu różni się od polskiej o 4:45 h. Nie 4 godziny, nie 5, a wlasnie 4:45.

Najtrudniejszy pierwszy raz:)

Jakoś nie mogliśmy się zebrać do pisana a teraz tez powinniśmy już spać, bo jutro pobudka chwilę po 5 nas czeka.. Na razie czas spędzamy na szeroko rozumianej aklimatyzacji, czyli wczoraj po przylocie drzemka, dzisiaj spanie do południa:) Ale żeby nie było też trochę zwiedzamy. Po przylocie ruszyliśmy do najbliższego nam zabytku, czyli buddyjskiej świątyni Boudhanath. Jest to największa stupa w Nepalu.

temple
Widzieliśmy tez Świątynie Małp i obrządek pogrzebu, czyli kremacji na brzegu rzeki Bagmati w hinduistycznej świątyni Pasupatinath. Turyści nie mogą wchodzić na teren świątyni, ale można obserwować całą ceremonię z drugiej strony rzeki.

katmandu
Jeśli chodzi o ogólne, pierwsze wrażenia nepalskie… No właśnie… zwykle to ta część opisu mi przypada, co skłoniło mnie do pewnej myśli. Jedni nazwaliby to zadumą, inni wyprawą do wnętrza siebie, ale u mnie to po prostu „myśl” która właśnie przyszła do głowy gdy Ola poprosiła bym coś napisał. Otóż Ola na każdym wyjeździe zostawia mi tę miękką, niemerytoryczną cześć tekstu. Czyżby myślał,a źe jeśli przed wyjazdem nie czytam piętnastu przewodników to nie mam nic ciekawego do przekazania w temacie zabytków czy innych wskazówek dobrych dla przygotowujących się do „Milionerów”? Pewnie ze mam! Katmandu leży na 1400 m. n.p.m., liczymy wiec ze 2 dni aklimatyzacji przed wyprawa w góry mamy już zaliczone. Stupę (tutejszą świątynię) zawsze obchodzi się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Tutaj kolejna myśl się pojawia, szczególnie gdy piszę na Oli telefonie, zastawiam się dlaczego w polskim nie ma odpowiednika dla ‚clockwise’ tylko zawsze muszę naskrobać to „zgodnie z ruchem wskazowek zegara”… wracam do wątku,  bo jeszcze ktoś by zarzucił mi brak poukładania! Piwo w knajpie jakieś 4 dolary, zupa 2 dolary, sałatka 4, wiza na 15 dni 25 dolarów, taksówka 5 dolarów chyba zawsze jak na razie. Trudno z tego oczywiscie wybierać, ale już jakis ogląd cen przedstawiłem. Pokój za noc 13 dolarów,  przynajmniej ten teraz. Na bookingu wyglądał super, na miejscu okazało się ze nigdy chyba nie poznał cieplej wody 🙂

Ruszamy o 5tej w 7h podróż podczas której każdy nie bez powodu wyposażony jest w siatkę foliowa, wiec będę powoli kończył – do usłyszenia gdy tylko będziemy mieli internet!

katmandu2

Meksyk praktycznie

Prawie już zapomnieliśmy, że byliśmy w Meksyku, a i tak nie mogliśmy się zebrać do podsumowania naszego wyjazdu. Zależało nam (a może tylko mi?:) ), żeby w jednym miejscu zebrać praktycznie wskazówki i informacje, które mogą się przydać przy planowaniu pobytu w Meksyku. No i tak na ostatnią chwilę przed kolejnym urlopem piszemy o tym co jeszcze pamiętamy:)

 

HOTELE

Ogólna nasza obserwacja: drogo. Chociaż raczej drogo w porównaniu do Azji, a nie w porównaniu do Europy. Istotne jest również to, że nigdzie nie ma śniadań w cenach, a chcąc skorzystać z wyżywienia w hotelu trzeba doliczyć około 50 zł od osoby za bardzo skromny posiłek: tosty, jajko, dżem, kawa/herbata. Wybrałam 2 hotele, w których warto się zatrzymać, ale Adam uważa, że w drugim nie warto:)

  1. Hotel Castelmar – Campeche – w obrębie murów miejskich, czyli w centrum starej części miasta, hotel w kolonialnym stylu, pokoje z klimatyzacją i wiatrakiem, za dodatkową dopłatą śniadanie kontynentalne.
  2. Hotel Sacbe – Coba – w „centrum” miejscowości, niedaleko ruin, pub i restauracja na miejscu, obok kościół, pokoje klimatyzowane, standardowo śniadanie po dopłacie.

RESTAURACJE

Jedzenie było dla nas bardzo miłym zaskoczeniem – wcześniej nie byliśmy fanami kuchni meksykańskiej, a okazała się przepyszna. O szczegółach Adam już pisał, dlatego w tym miejscu polecamy jedynie najlepsze miejscówki:

  1. La Central – Santa Elena (10 km od Uxmal) – niewielka restauracja w centrum miejscowości, zaraz obok głównego placu, domowe jedzenie, wszystko świeże i przepyszne, to tutaj spędziliśmy zjedliśmy naszą wigilijną kolację:). Ewentualnie w Santa Elena jest również restauracja The Pickled Onion – smacznie, ale zdecydowanie bardziej turystycznie.
  2. Los Tacos de Don Roger Rabbit – Puerto Morelos – najlepsze jedzenie ever, moja wersja wegetariańska została przygotowana z warzyw kupowanych na straganie obok, wszystko świeże, ostre i najlepsze.

Przykładowe ceny:

  • 20-35$* – przystawka: tacos
  • 124-150$ – dane główne: grillowane warzywa
  • 60$ – danie główne: quesadilla
  • 40-50$ – deser: flan
  • 30$ – Mc. Flurry

*ciekawostka: pesos meksykańskie jest pierwszą walutą na świecie, której symbolem jest „$”, dopiero 15 lat później USA zaczęło używać tego samego znaku w odniesieniu do dolarów. W naszych zestawieniach cenowych „$” to pesos.

TRANSPORT

Przez cały pobyt przemieszczaliśmy się autobusami. W Meksyku jest kilka największych firm transportowych, najczęściej przez nas używana to ADO, która ma swoją stronę internetową, która nigdy nie działała, więc rozkłady i tak trzeba było sprawdzać na dworcach. Występuje podział na różne klasy autokarów, korzystaliśmy z pierwszej i drugiej. Główna różnica polega na liczbie przystanków. Autobusy pierwszej klasy zatrzymują się jedynie na dworcach, a drugiej klasy wszędzie i co chwilę, dlatego czas ich przejazdu trudno określić:) Ważne jest również to, że autobusy pierwszej i drugiej klasy odjeżdżają z różnych dworców – czasem zlokalizowanych w odległych od siebie częściach miasta.

Nasza autobusowa trasa:

meksyk

Przykładowe ceny:

  • 26$ – przejazd z Valladolid do Chichen Itza (40km)
  • 80$ – przejazd z Chichen Itza do Meridy (120 km)
  • 61$ – przejazd z Meridy do Celestun (90 km)
  • 400$ – przejazd z Campeche do Palenque (360 km)
  • 55$ – przejazd z Uxmal do Meridy (85 km)
  • 440$ – przejazd z Meridy do Playa del Carmen (290 km)
  • 30$ – przejazd z Playa del Carmen do Tulum (65 km)

FINANSE

W Polsce przed wyjazdem kupiliśmy dolary. Następnie słuchając się przewodnika jak tylko wysiedliśmy z samolotu rzuciliśmy się do kantoru, bo ten lotniskowy miał oferować najlepszy kurs. Nie oferował… Później wymienialiśmy na bieżąco mniejsze kwoty, kiedy znajdowaliśmy kantor z korzystnym kursem, co ciekawe na takie trafialiśmy w zaskakujących miejscach np. przy wejściu do największych atrakcji turystycznych. Dodatkowo wypłacaliśmy meksykańskie pesos z bankomatów, z dostępem do których nie było żadnego problemu. Ewentualnie kłopotliwe były jedynie baaaaardzo długie do nich kolejki.

Przykładowe ceny:

  • 45 USD – przejazd taksówką z lotniska w Cancun do hotelu w Puerto Morelos (25 km)
  • 224$ – wejście osoby dorosłej do Chichen Itza
  • 64$ – dorosły bilet do Tulum
  • 160$ – damskie sandały
  • 240$ – krem z filtrem przeciwsłonecznym
  • 210$ – wapno w tabletkach
  • 230$ – 2-godzinny rejs po lagunie Celestun (flamingi)
  • 50$ – przejazd taksówką z hotelu na dworzec w Campeche (w obrębie miasta)
  • 20$ – przejazd colectivos w Palenque (miałam wrażenie, że cena nie ma nic wspólnego z pokonywanymi odległościami czy czasem przejazdu – po prostu jest to cena „biletu” jednorazowego)
  • 5-10$ – pocztówka
  • 450$ – całodzienna wycieczka do wodospadów i kaskad (region Chiapas)
  • 140$ – bilet wejściowy do Muzeum Czekolady w Uxmal

ZDROWIE

Przed podróżą do Meksyku nie trzeba przechodzić żadnych obowiązkowych szczepień, wśród zalecanych jest jednak szczepienie przeciw:

  • wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B
  • tężcowi i błonicy – nie szczepiliśmy się, bo nadal swoją ważność utrzymała dawka przyjęta przed wyjazdem do Azji. To szczepienie trzeba powtarzać co 10 lat.
  • dur brzuszny – również okazało się, że akurat nie musimy się szczepić, bo jest ważna jeszcze nasza dawka przypominającą, którą przyjęliśmy przed podróżą azjatycką. Szczepienia trzeba powtarzać co 3-5 lat.

Na terenach, które odwiedzaliśmy zagrożenie malarią i żółtą gorączką występuje jedynie w regionie Chiapas. Standardowo już postanowiliśmy nie przyjmować profilaktycznie żadnych leków, mam zawsze przy sobie na wszelki wypadek „dawkę uderzeniową” leków przeciwmalarycznych, ale zakładamy, że gdyby cokolwiek się działo i tak będziemy wcześniej konsultować się z lekarzami.

Wyjeżdżając do Azji nasza apteczka pękała w szwach, tym razem starałam się ograniczyć jej zawartość, zakładając, że i tak przed przyjęciem antybiotyku czy innego poważniejszego leku dobrze jest się skonsultować z lekarzem. Spakowałam, więc: leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe, tabletki na gardło, krople do nosa, plastry i opaski elastyczne, wodę utlenioną, elektrolity w proszku, węgiel, stoperan, smectę, sól fizjologiczną i aviomarin. Z tych najważniejszych specyfików, których zabrakło było wapno – regularnie coś nas uczulało, skusiliśmy się wreszcie na jego zakup, co mocno odbiło się na naszym budżecie, ale ich skuteczność była bardzo wysoka. Wszystkie dolegliwości minęły zanim zażyliśmy pierwszą dawkę:)

 

To chyba tyle… A niedługo wracamy znów z relacją azjatycką:)

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Chichot losu

Nasza dzisiejsza wycieczka była koncertowym popisem Oli w roli organizatora. Ale na początku było słowo, tfu… przyjazd do Playa del Carmen. Tutaj spędzamy dwa ostatnie dni przed powrotem do Polski, nie do końca z własnej woli. Jesteśmy tu raczej z przyczyn czysto ekonomicznych. Otóż od świąt, na wybrzeżu pojawiły sie sryliony turystów (głównie z USA), którzy swoją inwazją wywindowali ceny noclegów kilkukrotnie. Szukając czegoś w pobliżu lotniska na ostatnie dwa dni, wyskakiwały nam oferty po kilkaset dolarów za noc… High season. Ostał się nam jakimś cudem ostatni pokoik w cenie do przełknięcia. I tak oto wylądowaliśmy w samym centrum najbardziej obleganej przez obywateli USA miejscowości w Meksyku, z ofertą bodaj 1000 punktów gastronomicznych, centrum handlowym, starbucksem (a nawet dwoma) i wszystkim czego może zapragnąć „stanowy” turysta (oczywiście stanowy a nie amerykański żeby nie obrazić przewrażliwionych na tym punkcie Meksykanów). Tutaj przyznam się do grzechu – skoro już tak los chciał że tu jesteśmy, zrobiłem coś po raz pierwszy – po raz pierwszy odważyłem się wejść do Hollistera, który w Galerii Mokotów jest tak głośny, ciemny i tajemniczy:( Tutaj nie było takiej atmosfery i przyznam szczerze, że chyba odnalazłem dla siebie drugi (po springfieldzie) sklep z potencjałem na sensowne zakupy! Ale niech mi to będzie wybaczone, tylko chwilę tam spędziliśmy. Tak czy siak, cała opowieść jest po to żeby zaznaczyć naszą motywację wycieczkową – chcieliśmy ostatni pełny dzień w Meksyku spędzić inaczej niż leżąc na plaży ścisnięci z innymi jak sardynki:)

Ok. 80km na południe od nas znajduje się wpisany na listę unesco olbrzymi rezerwat. Postanowiliśmy go zobaczyć, ale początkowo jedyną opcją na odwiedzenie go była zorganizowania wycieczka (rozliczania oczywiście w dolarach a nie peso). Czyli w skrócie – wyjazd 6:30, wspólne przejażdżki terenówkami po parku narodowym, wspólne pływanie na łódce, wspólne snorkleowanie, wspólny obiad, wspólna kąpiel, wspólne napoje… Chcieliśmy ten rezerwat zobaczyć, ale sami, bez zorganizowanych nam towarzyszy.

Jeszcze wczoraj wszyscy nam odradzali, mówili że się nie da, nie ma dojazdu, trudne warunki są, nie traficie… Rano w hotelu Concierge mówił – you shall not pass, czy jakoś tak. Ale zaryzykowaliśmy zgodnie z wczoraj rozrysowanym planem.

Pierwsze komplikacje już po wyjściu z hotelu – o ile 3 tygodnie temu łapaliśmy collectivo (czyli busa) od ręki, tak dziś nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Do takich busów w kolejce zawijającej na drugą ulicę stało około 100 osób.
imageWdech, wydech, w tył zwrot i marsz na dworzec typu PKS. Tu kolejna komplikacja – nie ma w systemie biletowym nazwy miejscowości, do której chcemy dojechać… Ale nie takie przeszkody się pokonywało. 40 min czekania i wsiadamy w autobus do Tulum (60 km) najbliższej ostatecznemu celowi miejscowości. Jakośtobędzie, na miejscu pomyślimy jak dalej.

I okazało się, że dalej równie gładko – w Tulum 5 min na zakup biletu, 0 min na siku:( i już siedzimy w kolejnym busie do Muyil. Trochę stresu z wysiadaniem, bo autobus się tu standardowo nie zatrzymuje, ale żuraw przez kilka rzędów, 205 kilometr szosy i jesteśmy!

Wejście do rezerwatu jest przez… ruiny. Te traktujemy już je jak reklamy kurczaka w auchan po 3,99 za kilogram/udko/cyc – są wszędzie. Tym samym, po kilku tygodniach wolnomyślicielstwa, ja wiem jedno. Zebrali ci Meksykanie kupę kamieni, poukładali z tego na jedną modłę trochę budowli a’la Lego, teorie dorobili ze Majowie, że osady, że 10tys.lat, walka, bogowie, kalendarz itd. Co nie wykorzystali to dalej leży obok – zawsze jakieś klocki zostają, z Ikei też coś zostaje… I wciskają taka bajeczkę nam wszystkim. Tak to widzę, spina sie? #spisek . Dlatego o ruinach opowiadać nie bedziemy!
image
Tuż za ruinami… „tymi-których-imienia-nie-wolno-wymawiać” wejście na ścieżkę do rezerwatu. Piękna sprawa, dziki las, namorzyny, bagna, mokradła, trochę biebrzą trąci.

imageI ta wieża, kilkanaście metrów w górę po wątłej konstrukcji (kamieni zabrakło?) i widzimy juz cały rezerwat. Fotka pstryk i dzida do laguny.

image
Tam już zdjęć niet, iphone jeszcze nowy szkoda zamoczyć. Ale tam też pięknie. Tajemnicze rzeczki między lagunami, a my w nich. Pływaliśmy na kamizelkach i tutaj patent dla wszystkich: kamizelkę obracasz górą w dół, zamiast rąk do dziurek wkładasz nogi i masz super wypornościową Pieluchę unosząca cię wystarczająco do dryfowania. Nie robisz nic, oddajesz sie sile prądu i obczajasz. Obczajasz co wokół, co pod tobą (warto mieć okulary i rurkę) i nad tobą (tunele z drzew).

Później pakowane mufinki na przystanku na oszukanie żołądka i… chichot losu, po muffinach został w buzi smak jak po superglue. Jeśli przez cały wyjazd nie zaszkodziło nam tu nic, a ostatniego dnia mają nam zaszkodzić te pakowane muffiny, to uważam że to musiał być zamach. Na zdjęciu na przystanku juz widać mnie po skonsumowaniu tego supergluemuffina oraz tęczę która tutaj zawsze wychodzi zupełna.
image

I tak oto udało nam się zwiedzić rezerwat bez zorganizowanej wycieczki, tylko dzięki zacięciu plannerskiemu Oli 😉 dużo fajniej niż w grupie a satysfakcja niesamowita! 

Mayanland

Świąteczne dni poświęciliśmy poznawaniu okolic Uxmal. Najpierw wybraliśmy się do ogromnej jaskini Loltun, której nazwa wzięła się od dźwięku jaki wydają przy uderzeniu stalagnaty co zostało nam zaprezentowane przez przewodnika wielokrotnie. Bardzo wielokrotnie:)
image

Jaskinia zamieszkana była już w czasach prehistorycznych, a jednym z dowodów na to jest ślad dłoni datowany na 10 000 lat p.n.e. (na zdjęciu po lewej stronie). O jego wyjątkowości świadczy również to, że jest czarny, czyli stanowi jakby odbitkę negatu. W takiej wersji naskalne dzieła nie wystepowaly, ale to akurat trudno nam zweryfikować bo nigdy wcześniej takich dłoni nie widzieliśmy:) Później Majowie zaopatrywali się tu w wodę, relaksowali się bądź oddawali medytacjom, korzystali ze stalaktytòw i stalagmitów wykorzystując je do produkcji broni, ukrywali się w trakcie wojen. Aby wchodzić i wychodzić z jaskini używali korzeni rosnących wokół jaskini fikusow, które na naszych parapetach występują w wersji mini:)
image

Do jaskini dojechaliśmy taksówką specjalizująca się w obwożeniu turystów znaną tutaj Ruta Puuc, czyli trasą pozwalającą zobaczyć ruiny Majów w charakterystycznym klasycznym stylu architektonicznym Puuc. Kierowca nie mógł zrozumieć dlaczego nie chcemy wybrać się tak dobrze znanym mu szlakiem. Upewniał się wielokrotnie czy nie zmienimy zdania, a my konsekwentnie odmawialiśmy. W końcu nie mieliśmy jednak serca dłużej go tak rozczarowywać i jak ponownie padło pytanie, poprosiliśmy żeby się jednak zatrzymał. Wyraźnie go to uszczęśliwić – widocznie w domu czekalo na niego jedynie świąteczne sprzątanie albo gotowanie:) Tym sposobem zobaczyliśmy ruiny w Kabah.
image
Ich cechą charakterystyczną jest geometryczne zdobienie jednej ze ścian oraz liczne maski boga Chaca po drugiej stronie, które rzeczywiście były czymś czego do tej pory w zwiedzanych miejscach nie widzieliśmy. Co jednak nie zmienia faktu że mamy lekki przesyt ruin miast Majów:)

image

Dlatego po tym, powstałym w VIII wieku według jednej tablicy informacyjnej lub w IX według stojącej obok drugiej, miescie tylko dość szybko się przespacerowalismy. Tutaj też podobnie jak w Uxmal znajdował się chultun, czyli podziemny „dzban” służący zbieraniu deszczoówki.
image

Ostatnią z atrakcji regionu było muzeum czekolady, które okazało się też źródłem wiedzy o kulturze Majów, a nie tylko o pysznościach z nimi związanych. Chociaż ostatecznie okazało się, że to co oni pili w ramach gorącej czekolady wcale takie smaczne nie było nawet po doprawieniu chili. Dopiero Hiszpanie przywieźli zwyczaj słodzenia i cynamonienia co uratowało sytuację (moim zdaniem):)
image

Oprócz degustacji majowego napoju i wzięcia udziału w ceremonii, której przewodził na niebiesko umalowany człowiek (niestety umknęło nam co to była za ceremonia, mamy dwa podejrzenia: prośba o dobrą pogodę dla zbiorów ziaren kakowca vs. złożenie ziaren w ramach podziękowania za dobre zbiory) mieliśmy też szanse dużo poczytać o najróżniejszych tradycjach. I tak dowiedzieliśmy się, że Meksyk był niegdyś potęgą produkującą i eksportujacą ogromne ilości kakowca, a dzisiaj ma mniej niż 1% udziału w rynku. Akualnie rządzi
Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghana i Indonezja. W przeszłości walutą Meksyku były właśnie ziarenka – na malowidłach widać cenniki i tak np. za 2 ziarenka można było kupić jajko.
Czekolada, spożywana na zimno lub gorąco była napojem bogów, przeznaczona przede wszystkim królom, arytokracji czy też uczestnikom rytuałów. Napój pito również przy wyjątkowych okazjach jak dzisiejszego szampana. Wymysłem Majów była czekolada z pianką. Najpierw ziarna kakowca poddawane były fermentacji, następnie prażone i mielone. Później łączono proszek z wodą, miodem, chili i za pomocą jednej z trzech metod: przelewano napój z jednego naczynia do drugiego, mieszano go za pomocą specjalnej drewnianej ubijaczki lub dmuchano do naczynia podobnego do czajnika. Jako skutek uboczny powstawała właśnie pianka.
image

PS. Wreszcie zaczął się tutaj od początku przez wszystkich zapowiadany sezon. Skutek jest taki, że nie załapaliśmy się na żaden, najbliższy autobus i utknęliśmy na 3 godziny na dworcu:)
PS2. Adam nie narzeka, szykując się na 5h podróż kupił juz sobie 4 kanapki, espresso, chipsy, snickersa, colę, sok, muffinki i zabrał jeszcze do plecaka resztę nachosów, których nie wepchnął w siebie wczoraj ;)) Od stycznia siła 3x w tygodniu i basen 3x w tygodniu – takie mamy postanowienie!

Uxmal

Wczoraj dotarliśmy do Uxmal, miasta położonego jakieś 180 km od Campeche w kierunku Meridy. „W kierunku” pod warunkiem ze dojazd z Warszawy do Torunia drogą przez Poznań to też „w kierunku” 😉 Zaczęliśmy od nocnej wizyty w ruinach miasta Uxmal pochodzących z VIII-X wieku. W nocy w takich ruinach organizowane są często pokazy „światła i dźwięku”, my w Uxmal skorzystaliśmy z takiej nocnej atrakcji po raz pierwszy… i chyba ostatni.
imageOczywiście na pewno istnieje istotnie liczna grupa osób, na których podświetlanie ruin na wszystkie kolory tęczy przeplatane wyłączaniem tego podświetlenia robi wrażenie. Nas to jednak nie urzekło. Zdecydowanie ciekawszy był księżyc oświetlający ruiny niż dyskotekowe światło które chyba miało nas przenieść do tamtej epoki…

image

Rano wstaliśmy specjalnie wcześniej, by zobaczyć ruiny w naturalnym oświetleniu i było juz dużo lepiej.
image

Znów wrażenie robi przede wszystkim precyzja z jaką zbudowano to miasto, zdobienia budynków jak i fakt że powstało w miejscu, które nie posiadało naturalnego źrodła wody pitnej. Nie zniechęciło to Majów do zasiedlenia tych żyznych ziem, a zmotywowało do zbudowania systemu „wodociągów” z tamtych czasów. Tj. systemu zbiorników wodnych wykorzystujących naturalne ukształtowanie terenu wraz z systemem filtracji wody i ochrony jej czystości. Respekt.
imageTeraz temat wewnętrznej rozkminki, już niemotywowanej walorami tutjeszych zabytków. Wybraliśmy na okres świąteczny (4 noce) hotel, który trochę nie pasuje do naszego stylu podróży. Tutaj uczciwie trzeba przyznać, że pomimo iż podróżujemy z plecakami, autobusami 52giej klasy to noclegi wybieramy jednak w miarę porządne (śpimy w miejscach, które dają nam komfort czystego pokoju i łazienki, atrakcyjną lokalizację, mają dobre opinie). Ale z tym obecnym hotelem poszaleliśmy aż nadto – 5 gwiazdek, raczej wyższa półka cenowa, lokalizacja przy samych atrakcjach tego regionu. Na czas świat chcieliśmy zażyć trochę extra komfortu. Rykoszetem uwypukliło to różnice miedzy tym co robimy z plecakami, a tym co można robić tu…

Dajmy na to takie np. jedzenie. Obie restauracje hotelowe próbują naśladować standardy europejskie. Na poczekadełko – masło z bagietką (nie widzieliśmy tu bagietki ani razu do tej pory). I zamiast tej czerstwej bułki naprawdę wolimy po stokroć nachosy z ostra salsą. Ola z menu mogła wybrać tylko łososia – nie wiem skąd oni biorą łososia tutaj, ale nawet to schrzanili podając go na wpół surowego… Moje tacosy okazały sie być bez smaku… Wszystko nijakie, udające coś czym nie jest, a ceny absurdalne jak na nasze dotychczasowe doświadczenia (obiad dla dwóch osób to jakieś 500 pesos minimum – ok. 125 zł)! Okej, niech cena zostanie ta sama, ale niech chociaż będzie to smaczne… Bojkotując restaurację hotelową uciekliśmy dziś do miasta oddalonego o 15km.
imageZa 20 pesos dojechaliśmy do Santa Elena na obiad przepyszny, lokalny, podany przez uprzejmą gospodynię, w skromnych a czystych warunkach za…130 peso (30 zł). To była nasza świąteczna uczta 🙂

imageWróciliśmy do hotelu stopem, z kierowcą, który chciał pogadać z nami mimo barier językowych, a gdy okazlo ske to niemożliwe podkręcił na full muzykę, żeby się przyjemniej jechało:)

Czasem męczy niepewność dokąd dziś dojedziemy, gdzie bedziemy spać, czy na wszystko zdążymy… pewnie taki brak organizacji i planu na całą podróż z góry kosztuje trochę więcej… ale za nic nie zamienilibyśmy takich wyjazdów z panią od knajpy prowadzonej na własnym podwórku czy pana podwożącego nas bezinteresownie, na wakacje pod kloszem organizacji, ograniczonego przez przewodnika czasu, biznesmenów czyhajacych na turystów z wątpliwymi okazjami i jadania potraw pretendujących do haute-cuisine (jest taki termin?;). Smak tego prawdziwego dajmy na to Meksyku jest właśnie tam, gdzie nie ma przewodnika, pośpiechu i bandy towarzyszy ustawiających sie w kolejce do tego samego zdjęcia, bo „wszyscy robią”.
image

Fajnie że na razie nam się udaje podróżować „po swojemu” 🙂

Meksykańskie smaczki

W związku z tym, że bardzo leniwie spędzamy ostatnie dni wzięło nas na różne refleksje:) Spisaliśmy je (każdy po kilka), bo zwykle dość szybko po powrocie takie obserwacje umykają – a fajnie kiedyś będzie do nich wrócić, może za jakiś czas odwiedzajac inne zakątki Meksyku 😉

1) mundurowi

Liczba najróżniejszych służb mundurowych na ulicach robi wrażenie. Pojawia się tu wojsko, policja, ochroniarze najróżniejszych formacji i przeznaczenia. Samej policji wypatrzyliśmy dzisiaj 3 rodzaje, a mamy wrażenie, że coś nam jeszcze umknęło:) Na pewno porządku strzegą: policia municipal, policia federal i policia estatal. Można też ją sklasyfikować jako uliczną i chodnikową w zależności od tego którędy się przemieszcza. Co ważne nigdy na piechotę: drogą samochodami lub motorami, po chodnikach pancernymi niby-segwayami. Żeby się wyróżnić w ogólnym rozgardiaszu używają tylko sygnalizcji świetlnej – nigdy dźwięku. Syren używają tutaj wszyscy oprócz policji właśnie:) No i podoba nam się bardzo styl pracy – widząc wykroczenie policjanci trąbią zamiast wlepić mandat np. zatrzymują się przy źle zaparkowanym samochodzie i tak długo używają klaksonu aż znajduje się właściciel i przestawia auto:) Mają tez megafony, przez które wzywają niesfornych obywateli w przypadkach gdy zdążyli sie oddalić od miejsca zbrodni.

2) spowalniacze drogowi

Poruszanie się autobusami po Meksyku do najszybszych nie należy… Na drodze leżą „policjanci”, ale tak perfidni, że niemal trzeba się zatrzymać przed takim spowalniaczem aby nie zaliczyć odbicia głowy w dachu samochodu/autobusu… Np. nasza najświeższa podróż 180-kilometrowa trwała dziś prawie 4 godziny… Poza „hopkami” na drodze, samochody często zatrzymywane są przez wojsko i policję. My jeżdżąc autobusami pojawiliśmy się na wielu filmach zapełniających archiwa policyjne. Nie wiemy po co, ale zakładamy ze tak chcą zarejestrować potencjalnych przestępców:)

image

3) żele antybakteryjne

Meksykanie mają totalnego świra na punkcie bakterii i aktywnie zachęcają do wzięcia udziału w ich szaleństwie:) Wszędzie gdzie tylko się da stoją płyny antybakteryjne do rąk. I tak można pozbyć się wstrętnych zarazków w trakcie meldowania w hotelu, przy kasie w sklepie, w biurze turystycznym no i oczywiście w każdej restauracji. Strach myśleć z czego to wynika:)
Równocześnie nigdzie nie można kupić wody mineralnej. Dostępna jest jedynie agua purificada, czyli oczyszczona kranówka. Szczęśliwie do tej pory dobrze oczyszczona. Jednak uniemożliwia nam to pójście za radami przewodników, które przykazują, aby pic jednie wodę mineralną butelkowaną z dodatkową folią na korku w ramach extra zabezpieczenia. W przeciwnym razie w Meksyku można pić tylko wodę gazowaną. Taki terror przewodnikowy…

4) marketing sklepowy

Oryginalne sposoby stosowane są celem ściągnięcia klienta do siebie. Po pierwsze, w drzwiach sklepów (wszelkiego rodzaju) stoją głośniki, a z nich nieprzerwanie sączy się łupanka o sile rażenia młota pneumatycznego. I tak idąc ulicą, co kilka metrów można wysłuchać innego hitu aż naprawdę ma się ochotę szurnąć klapkiem (z drugiej strony nie wiem czy taki cel chcą osiągnąć właściciele sklepów). Zaobserwowaliśmy że najlepsze imprezy rozkręcają sklepy rtv agd. Kolejna metoda to obok muzyki podłączenie do głośnika promotora marki, który zachęca do wejścia do sklepu (niestety nieznajomość języka nie pozwala nam na zapoznanie się z pełnym kunsztem tego rozwiązania). Wydaje mi się, że to wszystko wywodzi się z mniej urozmaiconego sposobu, który zwrócił naszą uwagę dzisiaj rano: pan sprzedający słodycze na ulicy z mobilnego wózka informował o tym że jest w okolicy waląc z całych sił śrubokrętem w metalowe kółko…
image

5) Wszyscy i wszystko tutaj ładnie pachnie. Ulice, restauracje, mieszkania no i ludzie. Jakby właśnie wyszli spod prysznica. Nie wiem jak oni to robią bo my po całym dniu raczej nie prezentujemy tak dobrej formy…

5) wielkie amerykańskie samochody

Na drogach dominują wielkie amerykańskie samochody. Ciężarówki takie jak w stanach i osobówki z silnikami po 6 litrów. Dla mnie jako wielkiego fana tych spraw to nie lada gratka. Ale obok nich, najbardziej popularnymi autami są tutaj…

6) garbusy w ogromnych ilosciach!

Zakochałem sie w garbusach! Szyja mnie boli od obracania sie za nimi na ulicy, są naprawdę świetne. Odmian widziałem juz tu 140 chyba, cabrio, terenowe, klasyczne, moro, rdza2000, itd. Oczywiście postanowiłem, że muszę kiedyś sobie takiego sprawić, ale na szczęście w uczuciach do samochodów zbyt stały nie jestem (dziś chce mieć już Ferrari 348). Sprawdzałem że garbusy były w Meksyku produkowane do 2003 roku! (podczas gdy w Niemczech produkcję wstrzymano w ’78). Przypomniało mi się, że garbus był jedna z moich najbardziej wypasionych zabawek, pózniej zginał tragicznie ale pamięć po nim trwa do dziś:)

image

7) totalny brak znajomości angielskiego

Wydawało nam się, że ze względu na bliskość amerykańskiego rynku nie będzie problemu z dogadaniem się. Nie liczyliśmy na możliwość prowadzenia dysput filozoficznych, ale tutaj nie udaje nam się nawet zamówić obiadu używając tylko jednego języka. Zwykle łączymy hiszpański i angielski. Ja w chwilach słabości mówię po polsku, bo w sumie co to za różnica. Dlatego chcąc nie chcąc musieliśmy szybko opanować podstawy podstaw hiszpańskiego no i mamy zawsze pod ręką słownik – ważne żeby szybko zweryfikować czy nikt nie czyha na mój wegetarianizm (chociaż i tak straciłam czujność jedząc przypadkowo nachosy z kurczakiem i zupę robioną na mięsie). Problemy z komunikacją w hotelach i restauracjach, gdzie jak zakładamy nie jesteśmy pierwszymi niehiszpańskojęzycznymi klientami wcale uroku podróży nie dodają, wręcz przeciwnie doprowadzają do szału zwłaszcza, gdy okazuje się że kelner na koniec potrafi powiedzieć: tip is not included in the price

8) banki i bankomaty

Znam takich, którzy widząc to co tu się dzieje w bankach powiedzieliby tylko jedno: „żniwa!!” To musi być naprawdę okres boomu w bankowości. Placówki bankowe pełne są klientów, kolejki ustawiają sie przed oddziałami, ruchem wewnątrz zawiaduje kilka osób… Bankomaty tez przeżywają oblężenie – nie udało nam sie dotąd wyciągnąć kasy z bankomatu nie stojąc wsześniej w kolejce min.4-5 osob.

9) napisy na ścianach

Szyldów i bilbordów w Meksyku nie ma. Reklamy umieszczane są bezpośrednio na murach budynków 😉 Fajnie to wygląda, gdy elewację każdego budynku urozmaica kilka różnych marek 😉
image